W izbie duszno, gorąco; kilku otulonych w płaszcze mężczyzn drzemie na ławach pod ścianą; inni wałęsają się posępnie od drzwi do okna i z powrotem, wielki kot bury iskrzy pod stołem oczyma.
Zwątpienie jakieś zaczęło mnie ogarniać.
Naraz dał się słyszeć sygnał, to pociąg przybywał na stację, aby wysypać w Mestre garść podróżnych, co wczoraj rano z Wenecji się wybrali, a dziś — napiwszy się wina w Treviso, byli już z powrotem, bo dalej stamtąd wyruszyć ani sposób.
Zaczęto pytać, radzić, opowiadać.
Jakiś tłusty jegomość zbliża się do mnie i zapewnia że tam... za Mestre koniec świata i potop po prostu, że on — choć mężczyzna — za nic w świecie by tam nie jechał, że zresztą ani jednej kobiety między podróżnymi nie widział.
— I cóż to znaczy? — mówię mu z dumą. — My, my jesteśmy Polki.
Włoch głowę skłonił — i odszedł.
Co tu jednak począć?
Poczciwy kasjer, trochę łysy, trochę niewyspany, wziął naszą sprawę gorąco do serca. Pióro za ucho zatknął, ku sufitowi podniósł nos olbrzymi, a gładząc ręką podbródek, w smętnej rozłące z brzytwami od tygodnia przynajmniej żyjący, dumał przez chwilę głęboko, a potem trzasnął w palce i rzekł:
— Cóż wam, signora na linii Pontebba zależy?