Kasjer podniósł głowę i spojrzał mi bystro w oczy.
— Zarząd kolei nie wydaje teraz biletów na całą linią. Wody wystąpiły, droga nie wszędzie pewna, komunikacja miejscami zerwana.
— Jak to? Więc nie pojedziemy?
— Owszem, do Treviso. Do Treviso poręczamy dziś jeszcze wszelkie bezpieczeństwo.
— A dalej?
— Ha!... — Kasjer rozstawił ręce i ramiona podniósł.
Spojrzałyśmy po sobie. Powrócić? Byłoby to może najlepiej. Myśl jednak o tryumfie całej rzeszy, pozostawionej na schodach Britanii, popchnęła nas na drogę męskiego postanowienia.
Jedziemy do Treviso. Nie ma co.
Dniało już było, kiedyśmy w Mestre stanęli razem z chmurą, która za nami od Adriatyku szła, a teraz, w kłąb się zwinąwszy, zaczęła grzmieć i grzechotać, i błyskać w sobie czerwono.
Świszczący wicher trząsł wszystkimi węgłami niepozornej stacji, a gruby nawalny deszcz z łoskotem spadał na szklany dach podjazdu.