Z ostatniego stopnia nad wodą — spojrzałam na Wenecję raz jeszcze.
Chmurna była i pracująca piersią fal swoich, jak człowiek, który ma sny gorzkie. Wspomnienia są twardym wezgłowiem dla kamieni nawet.
W czarnej, wichrem smaganej gondoli, dobiłyśmy się nareszcie do dworca, stojącego u północnej kanału strażnicy.
W sali pustka i ciemno prawie. Dwóch oficerów przechadza się melancholijnie około stołu, na którym leżą płaszcze ich i szpady; paru zaspanych posługaczy ziewa szeroko, we drzwiach się rozparłszy. Jeden z nich patrzy na kufry nasze, uśmiecha się szyderczo, wzrusza ramionami, potem w bok spluwa i kładzie ręce w kieszenie.
Po chwili pyta:
— Signory do Treviso? Do Mestre?
— Do Mestre? Wcale nie jedziemy do Mestre. Jedziemy do Pontebby.
— Jak Bóg da — mruczy fakino318 i odwraca głowę ku wzburzonym wodom kanału.
Biegnę do kasy.
— Dwa bileta do Pontebby.