Kiedy się dowiedziano w hotelu, że nie na Triest morzem, lecz lądem na Pontebbę wracamy, zaczęto na nas spoglądać, uśmiechać się, szeptać, a nasz gospodarz wprost nas zapytał, czy zajmowane dotąd pokoiki mają nas oczekiwać z powrotem.

Naturalnie, zdecydowało nas to ostatecznie do trzymania się pierwotnego planu. Człowiek nigdy nie upiera się przy zdaniu swoim tak, jak wówczas, kiedy czuje, że się w nim trochę pomylił.

Lądem tedy313 jedziemy — i basta.

Noc jeszcze była, noc wietrzna, burzliwa, kiedyśmy opuszczały hotel Britania, jego windę, która nigdy funkcjonować nie chciała, jego sardynki smażone, jego nieokreślone zupy i dające do myślenia rachunki. Nigdym nie wyobrażała sobie, że tylu tak godnych ludzi troszczy się tutaj o nas, czuwa nad nami i dla naszego dobra się poświęca.

Teraz dopiero, zobaczywszy na wschodach cały sztab hotelowej służby i całą armię fakinów z mniej więcej wyciągniętą ku wziątkowi314 ręką, poznałam niewdzięczność i nieświadomość moją.

Czas był najwyższy zrehabilitować się i uznać wielkoduszność tych ludzi.

Oto szwajcar, którego jednak, pomimo wszystko co o tym gadają, można było widzieć trzeźwym pomiędzy ósmą a dziewiątą rano. Oto numerowy, który bucików moich nigdy wprawdzie nie czyścił, ale je za to co ranek w ręku obracał, kiwając głową z uśmiechem. Oto starszy garson315 z serwetą, na którego półmisku bywały zawsze jakieś czworonożne, niemające piersi kurczęta; oto drugi, który nie dawniej jak wczoraj oblał mnie sosem dość hojnie.

Oto zacny facchino316, który zwykle spał na słońcu, w bramie; oto kolega jego, który mnie, gdym wychodziła lub powracała — widywał; oto jeszcze posługacz, co mi się raz przypatrywał gwiżdżąc, kiedym drzwi z klucza otworzyć nie mogła, i jeszcze jeden, który mi powiedział przed tygodniem, że deszcz będzie padał. Jakże ich nie obdarować, jak nie nagrodzić tych usług?

Obdarowywam więc, a w rozpędzie wyciągam rękę do drewnianego Murzyna317, który na zakręcie schodów stał, trzymając lampę nad głową.

Na chwałę rodzaju ludzkiego wyznać tutaj muszę, iż Murzyn ten okazał się bezinteresownym i, nic nie wziąwszy, uśmiechał się, pokazując zęby trzonowe.