Zanzary weneckie to wydoskonalona rasa naszych komarów. Gdzie tam nawet do nich tym chudym biedakom naszym, co żądełko swoje tak noszą, jak panicz za Sasów nosił szpadkę, ambrą perfumowaną. Zanzary to Lisowczyki307, to żuawy308 dzikie. Kolą, sieką, ranią, z zaciekłością rozbójników morskich, a krew — jak lichwiarze — piją.
W każdym z nich siedzi dusza Szylloka309. Straszna rzecz mieć do czynienia z dwoma przeciwnikami takimi, cóż, gdy ich cała setka nad łóżkiem twoim się waży! Nasze komary brzęczą sobie jakąś niewinną muzyczkę, jakby kto na drumli grał; te mają całą orkiestrę wojskową, która grzmi wieczną Marsylianką. Nie czają się, nie drożą, zasadzek nie czynią, ale wprost na bagnety idą. Ledwoś głowę do poduszki przyłożył — hurra! zaczyna się atak i trwa — jeśli zdołasz usnąć — na twoim trupie nawet.
Nie ma co! Kapitulować trzeba i uciekać z Wenecji.
Jak na toż, wieści jakieś niepokojące krążyć zaczęły po mieście.
Mówiono, że wody w górach wstają, że Adyga wzbiera.
A tu morze podnosiło się co ranek gniewne i wzruszone w sobie, a wichry po nim chodziły jak turów stada. Nawet na lagunach fale twarde szły i biły jak taranem w gondole. Chmurzyska się jakieś po niebie zawlokły i nakryły miasto ołowianym dachem, czyniąc z Wenecji wielkie I piombi310. Wszyscy stracili humor. Muzyka zaczęła grywać nokturna, Włoch z dziennikami wrzeszczał jak opętany, „fioriny” chodziły kwaśne i skrzywione. Wreszcie zadecydowano, że jutro jedziemy.
Ostatni dzień był dniem ogólnej po mieście włóczęgi. Dostało się nawet pod wieczór owemu to giardinetto311, które niegdyś rywalizowało podobno z wielkim placem, a dziś pustką stoi. Że jednak widny stąd okręt odpłynąć miał, garstka przeto wędrowców na ławkach tu przysiadła.
Deszcz ustał był312 właśnie, a chmurka, przed słońcem stojąca, siała nad zatoką światło mgliste, perłowe. Naraz wygiął się w oczach naszych łuk olbrzymiej tęczy, który wparł końce swoje w oba brzegi laguny, zwichrzonej jeszcze i stanął jak potężna gotycka arkada. Pod nią przepływała łódź czarna, której wioślarz czarodziejskie wiosło musiał mieć, bo róże sypał za sobą i gwiazdy modre.
5
Posępne wróżby — Wyjazd — Przystanek w Mestre — Rada kasjera — Droga na Weronę — Padwa, Vicenza — Joubert i guziki Masseny — Capo di stazione — Hotel Barbesi w Weronie