Tu zaczynał kasłać w przeraźliwy sposób, aż mu się uginała pierś czarna zza koszuli widna; a ja wtedy podawałam mu trochę owoców, któreśmy zwykle ze sobą woziły. Rozbrajało go to. Uspokajał się, stękał, wzdychał, aż wreszcie sam, niepytany, zaczynał wymieniać nazwy pałaców i kościołów po obu stronach kanału.

— Rezzonico — mówił — Vendramin, San Geremia, Fondaco Turchi, Cornaro, Marcuola, Abbia...

Tu uśmiechał się filuternie i dodawał:

Abbianon abbiama sempre abbia!...304

Koncept305 ten, który przynajmniej dziesięć razy od niego słyszałam, miał przywilej wprowadzania go w wyborny humor. Więc już z powrotem opowiadał o ostatnim Doży, Lodovico Manin, pokazywał pałac Farsetti, gdzie się sławna owa municypalność gnieździ, to znów pstre inkrustacje Loredanu — i tak wracaliśmy w zupełnej harmonii.

Dziwne są te pałace Wenecji! Wprost z wody dźwignięte i pustką brzmiące, piękne strukturą, bogate wspomnieniem, stoją w jakiejś wielkiej nędzy, która wstydu nie ma. Obok przepysznych architektonicznych motywów: to gotyku, to renesansu, to staroweneckiego stylu, płachty mokre tu wiszą i starej bielizny sztuki; a na balkonie z misternie rzeźbioną kratą, wychudła strega306 czesze brudną dziewczyninę.

Z gondoli wprost na San Marco, taki już był nasz porządek.

Z początku raził mnie tłum tego placu, ale wkrótce nauczyłam się wachlarz składać i rozkładać, brzydzić się wszelkim drukowanym papierem, gryźć caramel i bujać się na krześle, słuchając arii z Traviaty. Zaczynałam się cywilizować.

Tymczasem na kanale brzmiała serenada gondolierów pod balkonami hotelu.

Były to nieraz piękne, ludowe pieśni, brzmiące po wodzie szeroko, aż ku północy ucichało wszystko. Wszystko oprócz „zanzarów”.