Tymczasem jednak jest ona tak wąską i skromną, iż przekonana jestem najmocniej, jako żadne ministerium komunikacji lądowych i wodnych nic nie wie o jej istnieniu.

Taką to ścieżką cichą i nieznaną chodzi duch, tchnąc życiem i światłem.

Stróże wielkich gościńców, którzy, pilnując porządku, strzegą, aby nie wyrósł na nich kwiat polny; celniki27, co stojąc po skrajach, biorą grosz celny od przelatującego motyla — ze zdumieniem kiedyś spostrzegą wśród miast i wiosek cichego tego pielgrzyma i pytać się będą, kędy28 by przeszedł.

I posypią się raporty; pióra po kancelariach skrzypieć będą od pisania nagan i dymisji; spodziewane awanse i gratyfikacje przepadną, jak żyto na pniu gradem zbite, a biedny motyl dwa grosze celne zamiast jednego płacić odtąd będzie zmuszony.

A duch?

On pójdzie cichy i jasny — jak przyszedł — a wionie, kędy będzie chciał.

Ale wróćmy do mojej ścieżyny.

Wąska, lekko skręcona, nierówna, stopą górala zaimprowizowana naprędce, nosiła ona na żwirach swoich błyszczących ślady wszystkich ćwieków jego drewnianych podeszew; przecież szła krokiem tak lekkim, z taką swobodą zwracała się to w lewo, to w prawo, tak gibko wstępowała na faliste wzgórza, tak chyżo zbiegała na dół, że ani mi w myśli postało pytać ją o patent jakiś.

Ostatecznie, ślad drewnianej podeszwy jest także śladem cywilizacji.

Według wszelkiego prawdopodobieństwa, przechodził tędy człowiek, który nie miał może ani konia, ani woza29, ani osła, ale niezawodnie miał parasol. Miał może przy tym piosenkę na ustach, jak się to często zdarza tym, co nie mają ani konia, ani osła.