Fale z wielkim impetem szły, rozbijając się z jednej strony o zrąb hotelu Barbesi, z drugiej o jakąś starą furtę czy dzwonnicę klasztorną, ponad którą na sarkofagu sczerniałym leżała zakonnica w sztywnej kamiennej sukni.
W głębi placu kościół, na którym dojrzałam napis: San Nicolo sotto riva348. Jeszczem nie zdjęła oczu z rzeźbionego fryzu tej świątyni, kiedy woda z szumem wielkim idąca, podsunęła się pod sam jej portyk prawie. Wtedy to drzwi kościoła otwarły się z wewnątrz, a na najwyższym stopniu schodów ukazały się postacie ludzkie — mężczyźni, kobiety, dzieci. Rozległy się wołania, krzyki, na które tylko głuchy huk wody odpowiedź dawał.
Kilku mężczyzn próbowało zejść niżej, ale się wnet cofnęli przed następującą na nich falą, nie puszczały ich zresztą kobiety, podwajające krzyki za każdą zuchwalszą próbą.
Jeden tylko wyrostek, wysmukły chłopak, ze schodów w wodę śmiało szedł — po kolana, po pas, po pierś, aż chwycił się słupa latarni, stojącej na środku placu, a spojrzawszy ku kościołowi, od którego nie wołał go głos żaden, kapelusz z głowy zdjął, pokłonił się i, tłukąc pięścią falę, co go wstecz pchała, szedł mocno przed siebie, aż zniknął za węgłem dzwonnicy. Jakiś dziecinny przestrach mnie ogarnął.
Nie mogłam patrzeć na tych ludzi, na ten kościół, na tę wodę — wybiegłam na balkon wewnętrzny.
W dziedzińcu ogromny zamęt. Woda wydobywa się gwałtownie przez bramę; drobne kamyczki bruku wyglądają jak dno strumienia — płytkiego jeszcze, lecz który przybiera co chwila.
Cofnęłam się do pokoju w osłupieniu jakimś, gdy wtem ktoś do drzwi zapukał dyskretnie.
Był to Grek przeklęty.
— Powozu nie ma, signora; nie zdałby się zresztą na nic, Werona pod wodą. Signory życzą sobie może czego?