Na dole, w głębi, spuszczona z zielonego sukna zasłona kryje wejście do wozowni i stajen. Brama..., lecz gdym się obejrzała ku bramie, zobaczyłam szybko idącego Greka, który przystąpiwszy do nas, rzekł:
— Powozu jeszcze nie ma, signora. Za godzinę wszakże będzie.
— Cóż woda?
— Woda? At zwyczajnie rzeka.
— Więc to nie kanał się zepsuł?
— Skądże by! To Adyga.
Zaniepokojone poszłyśmy na górę do siebie.
Była to komnata wielka, staroświecka, której podłoga uginała się pod stopą taflami całymi. Ogromny, ciemny dywan ją zaścielał, bo może po widocznym próchnie nikt by się tu stąpić nie ważył. Na ścianach i suficie malowidła sczerniałe, w części tylko widne, w kącie wielki marmurowy komin, zastawiony szafką pospolitej roboty.
Zwykłe hotelowe meble kłóciły się z wspaniałą rzeźbą w dębie, stanowiącą futrynę dwojga drzwi wewnętrznych.
Przyglądałam się im właśnie, kiedy pani T., zbliżywszy się do okna krzyknęła. Podbiegłam. Okno wychodziło na obszerny plac, zalany w trzech czwartych wodą.