Jakoż przyszedł.

Oczy miał zadumane, twarz smętną. Wyglądał jak kochanek zdradzony.

— Chcemy łodzi, powozu, balonu! — zawołałam niecierpliwie. — Chcemy rachunku!

Grek skłonił się.

— Signory będą dziś miały czekoladę na wodzie — rzekł z powagą. — Mleka nie dostawiono.

— Ale my nie chcemy czekolady! My chcemy jechać!

— Signora żartuje. Śniadanie natychmiast podadzą.

Zniknął za drzwiami. Taśma ocalała, ale w losie naszym nic się nie poprawiło.

Przez chwilę stałam na środku pokoju jak urzeczona, nagle przyszła mi do głowy myśl świetna. Pobiegłam do okna, a kiedy znów łódź municypalna żywność zamkniętym w kościele przywiozła, wychyliłam się i zaczęłam wołać: La barca! La barca! Urzędnik stojący w łodzi ku oknu spojrzał, popatrzył na mnie, głową skinął, a złożywszy obie dłonie przy ustach, iż huk wody głos stłumił, krzyknął krzepko: In mezz’ora!350.

I wnet ku kościołowi się zawrócił, chleb i wino czekającym oddał, z dziesięciu może mężczyzn do łodzi z sobą wziął i nie bawiąc, raz jeszcze skinąwszy mi głową, odpłynął. Uczułam szaloną, dziecinną prawie radość.