Zaczęłam w ręce klaskać, po pokoju biegać z wielkim jego sędziwej posadzki niebezpieczeństwem i przestrachem myszy rezydujących tam od czasów Mercucia351 jeszcze; po czym, że już chłopak z czekoladą filiżankami w korytarzu brząkał, przybrawszy twarz obojętną, zażądałam natychmiast rachunku.

Oparło się to widać o Greka naszego, gdyż w chwilę później zjawił się z uśmiechem wyższości na ustach, wszakże nie bez lekkiego zmieszania.

— Za pół godziny jedziemy — rzekłam mu z wielkim spokojem, choć mi głos coś niecoś drżał. — O rachunek proszę.

— Czy wolno zapytać, jak signory jadą?

— I owszem, wolno. Jedziemy łodzią.

— O, w takim razie, to nie dzisiaj chyba.

— Proszę o rachunek zaraz — powtórzyłam dobitnie, a odwróciwszy się ku oknu, z wolna odeszłam.

Paparrigopoulos przez chwilę u drzwi stał, zapomniawszy jakoś na razie wszystkich swych europejskich języków i niektórych innych; po czym widząc, że nikt na niego uwagi nie zwraca — wyszedł, zamykając drzwi z namysłem.

Wnet rozbiegła się po hotelu wieść, że due signori352 decydują się na dalszą drogę. Nie spodziewano się tego widocznie. Sam gospodarz przybiegł nas mitygować, obawiając się, aby ten czyn odwagi kobiecej nie zdemoralizował mu i reszty gości.

Istotnie, przykład okazał się zaraźliwym.