— Niewątpliwie. Jest jeszcze banhof centralny. Tylko że teraz komunikacja między nim a miastem zupełnie zerwana. U Ponte Navi artyleria stoi, nie puszczają ni wozów, ni pieszych.

— Cóż więc poczniemy?

— Sądzę, że panie powrócą do miasta.

Tu nastąpił jeden z najpiękniejszych ukłonów szanownego capo.

*

Pomimo całego zmartwienia, uderzyła mnie komiczność naszej sytuacji.

Istotnie, podjąć tyle trudów, znieść tyle przykrości, tyle strachu nawet, po to tylko, żeby zamoczywszy nogi do miasta powrócić, było — co najmniej — śmiesznym. Ponieważ jednak nic innego na razie zrobić się nie dało, wsiadłyśmy przeto do powozu noszącego znak: Colomba d’oro, tę jedną mając pociechę, że przeklęty Paparrigopoulos porażki naszej nie widzi.

W Colomba dano nam współcześniejsze cokolwiek niźli w Barbesi mieszkanie, dość nędzny obiad i dużo do rozmyślań czasu. Zaczęły się tedy godziny dumań posępnych u okna, przez które widać było zalaną via colomba365 tudzież366 kawał odrapanego muru, kędym ja sobie po rysach czerwonawych ślad wody oczyma znaczyła367.

A tak — zamieniłyśmy jedno więzienie na drugie.

Jedynym łącznikiem pomiędzy nami a zewnętrznym światem był Stefan Hallah, szwajcar hotelowy z Bozano rodem, który za złotą dwudziestofrankówkę podjął się dostarczać nam wiadomości o stanie zalewu tudzież znaleźć takiego zucha, co by nam rzeczy z centralnego banhofu wydobył.