Pierwszego dnia miałyśmy deszcz, czekoladę dość cienką, rozmowę z Stefanem — i bardzo kwaśne humory. Drugiego — leciuchny promyczek słońca, deser z twardych jabłek werońskich i — dużo nadziei. Trzeciego — pełno gliniastych mułów pod oknami, trochę błękitu na wschodzie i najpocieszniejszy w świecie widok bohaterskich oficerów Werony, którzy co gorętszy czas zalewu po kwaterach przesiedziawszy, teraz, kiedy wody i do pęcin koniom na wysokich dzielnicach nie było, ruszyli się po dwóch, po trzech, malowniczo owinięci w płaszcze, groźni, chmurni, namarszczeni, z powagą zbawców miasta i narodu.

Tego ranka tłusty oberżysta z przeciwka, który dotychczas spluwał w oknie siedząc, wyszedł na balkon, zdjął szlafmycę368, spojrzał w niebo, uśmiechnął się i dłonią pogładził łysinę. Uważałam to za niechybny znak pogody.

Jakoś ku południowi przyleciał Stefan Hallah z dobrą wieścią, że wykopał kędyś369 śmiałka, co kufry nasze przez Adygę przewieźć chce. Nastąpiła tedy walna narada, czy wprost przez Ala puścić się na awantury370, czy też w cichym Desenzano nad Garda czekać aż rzeka przepłynie. Stanęło na pierwszym, bo tęsknota ciągnęła do domu, a to już piąty dzień mijał, jakeśmy się z Wenecji ruszyły.

Rozjaśniła się nareszcie Werona słońcem i lazurem; ludziska wylegli suszyć się i oglądać wzajem. Chodziły wieści o domach zwalonych, o topielcach znajdowanych tu, to tam; rosła też obawa o mosty, chociaż na nie zsypano całe wozy gruzu i kamieni.

O porządnym zwiedzeniu miasta i mowy nawet być nie mogło. Górniejsze miejsca podsychały wprawdzie na słońcu, ale trafiały się i takie, gdzie koń puszczony spływał.

Rzeka — mało co ustąpiwszy ludziom placu — w oblężeniu trzymała całe brzegowisko swoje, od starego Skaligerów kasztelu na północ, aż do grobowca Giulietty na południe i dalej.

Ku wschodowi też, wężowym kłębem się wygiąwszy, trzęsła Adyga owym mostem Navi, poniżej ponte371 Nuovo rzuconym, którego artyleria dzień i noc strzegła, żeby się z uzdy żelaznej nie zerwał a do Adriatyku nie ruszył.

A tak jądro tylko miasta i zachodnie jego odnogi, jak via Palio, corso Cavour, San Antonio, Vittorio Emmanuele, wyłuskały się z onego zalewu. Jądrem miasta jest plac Bra. Roma tędy przeszła. Ślad jej klasycznej stopy do dziś jeszcze widny. Tędy szła, przez łuk kamienny Muro Galieno albo Porta dei Borsari zwany, szesnaście wieków temu dźwignięty, a tak jeszcze krzepki, jakby drugie tyle przetrwać miał. Dziki winograd puścił się tu po sczerniałej cegle; a jego lekkie girlandy kołyszą się za wiatrem zachodnim. Katulla372 pieśni słychać w tym szmerze liści elegicznym, słodkim.

W pośrodku placu Bra rozpiera się ponurym kręgiem wielka dioklecjańska arena, tchnąc na wędrowca zimnym tchem rzeczy uspokojonych już w sobie i ostygłych z krwi, ale które okropność swoją dawną na czole noszą.

Przez Porta lupi, przez Arca dei leoni szły tu na arenę jak świat wielką, gdzie gladiatorów narody tłumu — pustynnym rykiem. Dziś czarne otwory arkad, z wyższych pięter w znacznej już części zwalonych, są jako w czaszce trupiej puste oczodoły, w których zmierzch osiadł i pajęczyny wieją, bo zgaszone są źrenice czasów ich, źrenice rozkoszą mdlejące i krwawe.