Twarz masz słodką, brązową i świętą,

ascetyczną jak mnich z quattrocento,

szczęście moje pod Twym skrzydłem drzemie.

A wieczorem powracam piechotą —

siadam w domu pod żarówką złotą,

jakby nigdy nic nie było zaszło.

Wszyscy siedzą, uroczyści ogromnie,

obrażeni, nikt nie mówi do mnie —

przecierają okulary i kaszlą.

Rok 1928