Lecz nauczyliśmy się już przyjmować przeciwności z niezmąconym spokojem. Los strzeże nas zresztą od najgorszej z przewidzianych niespodzianek: Kurdowie nie ograbili nas dotąd ani nie okaleczyli. Dobre i to!

Ponieważ furgondżi przebywają wprost drogę w ciągłym wysiłku rąk i grzbietów, więc przybywamy na noclegi o późnych, ciemnych godzinach. W górach noc schodzi nagle, przez zmierzch niepoprzedzona, a gdy jej cienie zalegną przestworza, gdy w przepaściach wąwozów czarno jak w piekielnych otchłaniach — posuwać się naprzód trudno jest i niebezpiecznie. Latarnie przy furgonach, rozumie się, nie istnieją. Jak daleko wzrok sięga, nie widać chaty ni ognia. Jedyne spotykane z rzadka ludzkie siedziby są te, w których nocujemy. Okolice to zupełnie niezamieszkałe. Na Armenię turecką i Kurdystan, o obszarze 231 tysięcy kwadratowych kilometrów, przypada dwa i pół miliona ludności. Zważywszy przy tym, że ludność skupia się przeważnie w miastach, łatwo sobie wyobrazić, jaką pustynią77 są te obszary.

Do wiosek dostęp coraz niedogodniejszy. Okropny stan dróg sprawia, iż furgony zatrzymywać się muszą o paręset kroków od osad. Więc kierując się słabymi światełkami migocącymi z dala niepewnym blaskiem, utykamy w dziurach, skaczemy przez kałuże, w których używamy przymusowych kąpieli i docieramy wreszcie do nędznych chałup tych tureckich lub kurdzkich wiosek, gdzie po dłuższych pertraktacjach pomiędzy Czerkiesem, żołnierzami i mieszkańcami ci ostatni zgadzają się wreszcie lokować nas z sobą i bydłem w kurnych, w ziemi na pół ukrytych chatach. Z daleka taka wieś wygląda na szereg z lekka falujących pagórków. Przez niskie drzwiczki schodzimy po schodach w dół do niewielkiej sieni, za którą idzie izba, rozdzielona przepierzeniem, sięgającym do połowy wysokości, pomiędzy ludzi i trzodę. Tłumaczą nam, że sąsiedztwo krów i owiec grzeje lepiankę w zimie.

Przepierzenia, a nieraz i ściany nędznych tych izdebek rzeźbione są najczęściej w ażurowe, niepozbawione fantazji i piękności linii arabeski. Każdy pastuch rodzi się widać na Wschodzie trochę artystą. Te skromne rzeźby są całą ozdobą i całym umeblowaniem domostw; obecność istot ludzkich zdradzają jeszcze zaczernione od sadzy garnki i kilka łachmanów, zdartych i wystrzępionych, w które się na noc do snu zawijają. Jedyna to ich pościel.

Powiedziałam już, że wieś jest jak szereg pagórków falujących. Wzgórza te przedstawiają dachy chałup ulepione z gliny, błota i gnoju. W każdym z nich znajduje się jeden otwór służący za okno, drugi za komin.

Przy lepiankach leżą wysuszone w okrągłe tafelki małe stożki gnoju, stanowiącego jedyny opał. Ta część Małej Azji jest bowiem najzupełniej z drzew ogołocona. Nigdzie nie spotykamy tam lasu, ani choćby małej kępy drzew; nigdzie najmniejszego krzaczka.

Do podpalania ognia używają suchych krzewów lawendy i róży jerychońskiej78. Ta róża biblijna przedstawia się bardzo niefortunnie. Słysząc melodyjnie brzmiący wyraz, chciałoby się, aby wyraz ten określał roślinę piękną, barwną, przesycającą powietrze cudną wonią. Tymczasem ładną i zwodniczą nazwę nosi suchy, kłujący jak jeż krzaczek o lotnych jak puch białych kwiatkach; nagromadzają tego w chatach całe stosy, aby niecić pożary gnojowego ognia.

Nie jesteśmy we właściwym Kurdystanie, lecz przeważnie trafiamy po drodze na wioski kurdzkie i spotykani przez nas podróżnicy są też prawie bez wyjątku Kurdami. Poza pasterzami bowiem, którzy w tych górach osiedli, wałęsa się w nich mnóstwo koczowników. Czyżby godziny dni naszych były policzone?... Czekamy napaści. Uzbrojono nas przecież w przewidywaniu jej w dwa olbrzymie rewolwery i zaopatrzono w dwóch zapties, mających strzec bezpieczeństwa. Bohaterscy ci wojownicy jadą wprawdzie zwykle o parę kilometrów przed nami, są więc właściwie nieistniejącą zupełnie ochroną. A rewolwery? Czerkies tłumaczy nam, że w razie napadu nie powinniśmy strzelać pod żadnym pozorem. Kurdowie bowiem dorównywają szczęśliwej pamięci Tellowi79 w sztuce celowania i zgładzą niechybnie ze świata nieostrożnego zuchwalca, który by bronić się próbował. Najlepiej jest dać rozbójnikom obedrzeć się spokojnie do nitki; jedyny to sposób ujścia cało dla tych, którzy życie więcej nad błahość dóbr ziemskich cenią.

Nie powiem, ażebyśmy po tych ostrzeżeniach mniej drżeli o nasze ziemskie powłoki.

Nie chcąc się mijać z prawdą, muszę wyznać, że z niekoniecznie przyjemnym uczuciem mijaliśmy owych niezrównanych strzelców, obwieszonych bronią z najlepszych angielskich fabryk i spode łba złowrogo na nas spoglądających.