Zmiana furgondżego73 na dobre nam nie wychodzi; przekonywamy się o tym boleśnie i dotykalnie. Opuściliśmy Erzerum o dziewiątej z rana w smutny i szary dzień jesienny. Niebo rozpłakane, pada drobny, gęsty deszczyk, siekący twarz przy podmuchach ostrego wiatru. Toteż po półgodzinnym narażaniu jej na zjednoczone złośliwości ulewy i wichury odwracamy się tyłem do koni, tym bardziej że i krajobraz niczym wzroku nie nęci. Nagle rozlegają się krzyki, trzask i łomot piekielny. Zanim zdążyliśmy zrozumieć co nam grozi, leżymy już pod mnóstwem pak, przygnieceni przez konie. Furgondżi i jego pomocnik zdążyli byli zeskoczyć. Szczęściem skończyło się wszystko na przykrej chwili strachu, przez którą przemknęło przez myśl całe życie i śmierć w oczy zajrzała. Gdy wydobywają nas spod pak, których sam ciężar mógł zabić, a które szczególnym zrządzeniem losu ułożyły się nad nami, tworząc jakby bardzo niskie sklepienie — okazuje się, że nie jesteśmy nawet zbytnio potłuczeni. Za to z prowizjami naszymi źle się bardzo dzieje. Dobre wina, które miały wzmacniać, podręczna apteka — wszystko przepadło z kretesem. Czerwony strumyk burgunda74 spływa po spadzistej drodze, niosąc z sobą szkła odłamy.

W najgorszym jednak stanie jest sam furgon. Woźnice wszystkich trzech pojazdów, Czerkies i żołnierze zabierają się do naprawy z całym arsenałem ciesielsko-stolarskich przyrządów, które każdy ze sobą wozi. Po trzygodzinnej pracy, której towarzyszy niezbędny akompaniament krzyków i kłótni — arka Noego gotowa do dalszej drogi. Jakkolwiek przez owe trzy godziny używaliśmy rozkoszy świeżego, górskiego powietrza pod potokami rozhulanego na dobre deszczu, jednakże wolimy nie korzystać nadal z tychże rozkoszy i iść piechotą, niż wsiąść do furgonu. Czerkies zaprasza nas do swej hanum, lecz dnia tego wszystkich pojazdów się boję. Większe mam do swych nóg niż do tych wehikułów zaufanie.

Chcąc opisywać dzień po dniu drogę między Erzerum i Bajazydem, zbyt często musiałabym się powtarzać. Znów przez dni dziesięć będą nas budzić o czwartej lub piątej z rana, by wyjechać o siódmej lub ósmej. Droga nie biegnie już wzdłuż skłonów gór, lecz nieskończenie jest gorsza od tej, która przez Antytaurus szła do Erzerumu. Nie ma już nawet właściwie drogi; tylko słupy telegraficzne wskazują kierunek, w którym jechać należy. To toczymy się po płaszczyźnie, to trzęsiemy się po wąwozach, to wdzieramy się na wyżyny. Nieraz wjeżdżamy na górę tak stromą, że zdaje się niepodobieństwem, by jakiś pojazd, a w dodatku ciężko naładowany mógł się na nią dostać. Kiedy jednakże docieramy do jej szczytu i widzimy, z jakiej pochyłości trzeba będzie w dół sunąć, wjeżdżanie owo wydaje się zabawką. Furgony wciąż stają, a furgondżi wciąż kopią, zagrzebują wyboje, usuwają stosy kamieni zawalających drogę. Ciężkim trudem zarobią swe pieniądze. Odprzęgają też wciąż konie od jednego wozu, by je przyprząc do drugiego; pomagają sobie wzajemnie.

Widzę, że o ile w tych górach podróżuje się nie konno, lecz jakimkolwiek pojazdem, należy zawsze wybierać się z najmniejszą choćby karawaną. Inaczej przychodzi stać w miejscu bezsilnie i bezpomocnie całymi godzinami, zanim jaka ludzka dusza zjawi się z pomocą. A wypadków zawsze spodziewać się trzeba — są one wprost nieuniknione. Nie mówiąc już o nas samych, widziałam przez tych dni kilkanaście, mnóstwo arabatów, ugrzęzłych w błocie lub wywróconych, przy których ich woźnice wyczekiwali z rezygnacją zjawienia się jakiej ludzkiej istoty, którą Allah zechce zesłać im na pomoc. Allah nie zawsze się z tym spieszył, bo drogi tu są puste i ruch znacznie mniejszy niż między Trebizondą i Erzerumem. Prawdopodobnie większa część karawan handlowych do tego miasta dociera.

Do naturalnych przeszkód gruntu, czyniących podróż niezmiernie uciążliwą, dołączają się dolegliwości atmosferyczne, które w tej porze roku hojnie zsyła niebo. Nastąpiła nagła i gwałtowna zmiana temperatury. Od wyjazdu z Erzerumu aż do Teheranu kroczy za nami zimno przeraźliwe, a gdy mróz zelży, smaga deszcz lub chłoszcze wichura. Chmury spadają wciąż ulewą lub śnieżycą, a potoki niebieskie, wsiąkając w grunt rzadki i gliniasty, zamieniają drogi w przepaściste bagna, przez które brną mozolnie biedne konie, zapadając się w wybojach niezliczonych.

Ja po niefortunnym wywróceniu naszego woziska straciłam całkowicie zaufanie do Alego, którego niedołęstwo jest zresztą kolosalne. Toteż przeważnie idę piechotą, wsiadając do furgonu od czasu do czasu, gdy droga jest zupełnie pewna lub gdy turecka hanum pożycza nam uprzejmie swego furgondżi, młodego Kurda o ślicznej, zuchwałej twarzy i wesołym, dziecinnym prawie uśmiechu.

Kurd powozi nie gorzej od starego Mustafy. Niestety, z rzadka nam go ustępują. Toteż bez przesady powiedzieć mogę, że połowę przynajmniej przestrzeni między Erzerumem i Bajazydem przebyłam na własnych nogach. Naśladują mnie często inni podróżni trzech furgonów, z wyjątkiem pułkownikowej i jej najstarszej córki. Obdarzone imponującą dozą przesądnego spokoju, niewiasty te ufają, że spotkać je może to tylko, co zapisane jest w księdze przeznaczeń — Kiszmet. Wysiadają więc jedynie na stanowcze i wyraźne żądanie woźnicy.

Dla nas na tę część podróży przeznaczenie odwróciło widocznie czarną stronę utrapień. Czwartego bowiem dnia furgon wywraca się powtórnie. Wyjechawszy z rana ze stacji Eszel-Giejda, której ortografii nie gwarantuję75, ciągniemy do nowej wioszczyny, Taheru76, gdy nagle dwie góry, jak dwie olbrzymie głowy cukru, stają przed nami. Pchane z tyłu przez zjednoczone męskie siły naszej karawany furgony wjeżdżają na szczyt pierwszej góry; dwa z nich zjeżdżają z niej szczęśliwie przy pomocy tychże cennych sił męskich, uwieszonych teraz z tyłu i zastępujących swymi postaciami hamulce pojazdów cywilizacyjnych. Kobiety i dzieci, cały ładunek ludzki furgonów, idzie piechotą, skarżąc się żałośnie na zimno i zmęczenie.

Alemu, zrodzonemu pod złą gwiazdą, nie jest dane podołać zadaniu zjechania w dół, nawet ze wszystkimi Husainami i Abbasami, zawisłymi u kabłąka furgonu. Wozisko wywraca się z powtórnym hałasem i hukiem; łańcuchy przytrzymujące pakunki pękają, siejąc w biegu kufry, pudła, walizki; furgon wali się bokiem na ziemię.

Rozpęd był tak potężny, że pokrywy dwóch kufrów wyskoczyły z zawias, rzeczy sypią się w gęste błoto. Jakaś drewniana skrzynka, zmiażdżona doszczętnie, wyrzuca ze swego łona potłuczoną lampę i smutne skorupy pozostałe z talerzy jej pieczy powierzonych.