Podobno Armeńczykom nie wolno obecnie nosić broni. Zakaz był niepotrzebny, gdyż brak odwagi czynił broń zbyteczną.

Toteż podczas gdy mała sekta nestorianów71 osiadła nad jeziorem Wan znakomicie radzi sobie z wojowniczym sąsiadem, a rządząc się nie ewangeliczną, lecz najsłuszniejszą w takich wypadkach zasadą: „oko za oko, ząb za ząb”, odpłaca Kurdom za każde spalenie wioski lub uprowadzenie bydła spaleniem dwóch wiosek i uprowadzeniem podwójnej ilości bydła, Armeńczycy, przygnębieni i nieszczęśliwi, dają się łupić bezkarnie i pozwalają wrogowi wydzierać sobie z rąk szmat za szmatem uprawianą w ciężkim wysiłku, krwawym trudzie glebę.

Muszę zaznaczyć, że z przykrością i zdumieniem zauważyłam u Europejczyków przebywających w Małej Azji dziwny brak politowania i sympatii dla Armeńczyków mimo ich niewymownie smutnego losu. Odpowiadają mi na me zarzuty, że naród ten, który żył wiecznie pod jarzmem i od wieków płacił kolejno haracz Persom w okresie ich wszechpotęgi, Grekom za Aleksandra Macedońskiego, Rzymowi i Bizancjum, zbyt przywykł płaszczyć się i uginać karku. A wyzbywszy się w otoczeniu potężnych i drapieżnych plemion wszelkiej odwagi, przesiąkł fałszem, obłudą, przebiegłością. Przymioty to, którymi nie zdobywa się przyjaciół.

Armeńczycy osiedli w miastach i egzystujący spokojnie pod opieką władz mszczą się za niedolę ubogiej i gnębionej braci wiejskiej, wyzyskując wszystko i wszystkich: ludzi, okoliczności i rzeczy. Zdobywają też wielką przewagę materialną. Wychodzą z łona matki z czekiem pod pachą, rodzą się bankierami i przemysłowcami.

*

Nasza droga prowadzi właśnie przez to fatalne pogranicze, na którym sieją postrach rozhukane bandy rozbójników. Opowiadają nam przerażające historie o krwiożerczych czynach Fra Diavolów72 gór Armenii. Będziemy też, oprócz Czerkiesa, zaopatrzeni w innych zbrojnych opiekunów w osobach dwóch tureckich żołnierzy, specjalnie funkcje konwoju pełniących, a zwanych zapties. Można się przestraszyć ich nędznego wyglądu, lecz bynajmniej nie ich wojowniczej postawy.

Aby siły i energię pokrzepiać w drodze, kupujemy w jakimś sklepie armeńskim na wagę złota kilka butelek wytrawnego wina i koniaku. Potrzebne to tym bardziej, że zapowiadają się w górach silne zimna.

Mustafa nas opuszcza. Krąży on od lat niepamiętnych między Trebizondą i Erzerumem i nigdy dalej nie wyrusza. Przyprowadza nam swego zastępcę, Alego, młodego Tatara o głupiej, księżycowo okrągłej twarzy. Z prawdziwym żalem rozstajemy się z naszym starym, nagradzając hojnym bakczyszem jego mistrzowską umiejętność powożenia.

Mustafa przychodzi z rana w dniu wyjazdu, aby nas jeszcze pożegnać. Szwargocze mi długie życzenia, z których cośkolwiek zaczynam już rozumieć. Obdarza nas epitetami mającymi świadczyć o sile jego uczucia, kiwa kudłatym łbem w baraniej, postrzępionej czapie i czule się uśmiecha bezzębnymi ustami, których grymas przechodzi w błogie rozpromienienie, kiedy w ostatniej chwili otrzymuje jeszcze dużą paczkę tytoniu.

Wyruszamy z Erzerumu 7 listopada. Dziesięć dni podróży dzieli nas od nowego większego etapu, którym będzie Bajazyd. Opuszczamy stolicę Armenii z przeświadczeniem, że w czeluściach gór czyhają groźni i waleczni Kurdowie.