III

Erzerum. — Kurdowie i Armeńczycy. — Droga do Bajazydu. — Ararat. — Karakilis.

Erzerum, położone na wysokości 1900 metrów nad morzem, malowniczo przedstawia się z daleka w otoczeniu gór, stanowiących naturalne tło wszystkich niemal miast Małej Azji i Persji. Góruje nad nim z urwistej skały cytadela, niemającą już podobno wielkiego znaczenia z punktu widzenia strategicznego, gdyż zbyt ją zamknięto w ciasne domów szeregi. Swoją drogą potrójna linia bastionów i fortyfikacji, otaczających miasto w okręgu kilkunastu kilometrów, czyni zeń najwięcej warowną fortecę Małej Azji.

Stolica Armenii tureckiej błyszczy z dala kopułami paru świątyń; kilka minaretów strzela w niebo. Lecz gdy wjeżdżamy w ulice, doznajemy prędko rozczarowania. Brzydkie drewniane domy, pomalowane najczęściej barwami jaskrawymi, najzupełniej są pozbawione wschodniego charakteru. Niezdarnie karykaturują Zachód. Krzywe i wąskie uliczki zalegają kałuże rzadkiego, zmieszanego ze śniegiem błota.

Furgon nasz zajeżdża tryumfalnie przed obrzydliwą budę, wymazaną w czerwone i szafirowe floresy, a świecącą na froncie pretensjonalnym napisem „Hotel d’Europe”. Domisko ma wjazd brudny, brudne, cuchnące schody i brudny korytarz. Lecz stancja zaopatrzona jest w dwa żelazne łóżka, w dwa krzesła i w stół heblowany. Otrzymujemy nawet skromniutkich rozmiarów miedniczkę.

Erzerumu nie należy stanowczo oglądać późną jesienią: szaty ma zbyt zbrukane. Poprzez rzęsisty deszcz i gęstą mgłę ulice i budowle przygnębiające czynią wrażenie. Jednakże jest to jedno z największych i najbardziej przemysłowych miast Małej Azji, mające 60 tysięcy mieszkańców. Lecz ludność ta myśli raczej o handlu baranami, których eksportuje rok rocznie za pokaźną sumę 27 milionów franków, niż o estetycznym wyglądzie swego grodu. Żaden gmach nie wyróżnia się szlachetniejszą budową; nie mówię już o charakterze lub stylu. Latem i wiosną przecudne słońce Wschodu krasi może ludzi i rzeczy; jesień i zima żałobnym i brzydkim kryją wszystko całunem.

W konsulacie perskim czeka nas gościnne, serdeczne przyjęcie. Izaak-Misza-Khan, przedstawiciel „króla nad królami”63, ma tę niezwykłą wytworność obejścia Persów z tak zwanego „towarzystwa”. Z wielką trudnością wysławia się po francusku, lecz pomaga nam do porozumienia się z nim Armeńczyk, pełniący w konsulacie jakieś nieokreślone funkcje, człowiek wszechstronnie uzdolniony i władający kilkoma europejskimi językami. Konsul nalega, ażebyśmy zamieszkali u niego, wolimy jednakże pozostać w hotelu, gdzie mamy większą swobodę ruchów.

Tegoż dnia na obiedzie u niego poznajemy kilku członków kolonii europejskich, należących wyłącznie do personelu konsulatów. W towarzystwie ich spędzamy dwa dni następne, szczęśliwi, że mówić możemy z ludźmi, którzy nas rozumieją. Od wyjazdu z Trebizondy ograniczać musieliśmy porozumiewanie się z bliźnimi do żądania juhurtu64, chleba i herbaty. Toteż do późnej nocy ciągnie się co dzień gawęda. Wszyscy zastanawiają się z osłupieniem, jak mogliśmy wybrać drogę na Małą Azję w chwili, gdy wzajemne rozjątrzenie Kurdów i Armeńczyków doprowadza do zajść krwawych, gdy w górach rozszaleni Kurdowie rabują, napadają, mordują. Trudno — za późno, by się cofać.

Antagonizm religijny i narodowościowy dwóch ras nie od dziś się datuje, ale od lat kilku wybucha z całą potęgą wszędzie, gdzie się te rasy stykają. Armenia jest prowincją północno-środkową, Kurdystan południowo-środkową. Na całym wielkim pasie centralnym, zaczynając od armeńskiego miasta Sivas65, dążąc dalej przez Erzerum i Bajazyd ku granicy Persji66, dwa wrogie plemiona schodzą się na wspólnym terytorium. Wioski armeńskie wrzynają się w posiadłości Kurdów; osady kurdzkie67 otoczone są przez posiadłości armeńskie. Kurd, w którego żyłach płynie wojownicza krew dawnych Medów68, nieposkromiony i nieustraszony, rządząc się prawem silniejszego, wyrugowuje Armeńczyka z ziemi wszędzie, gdzie mu się tylko to udaje. Gdy nie dopnie swego, pali mu chatę, uprowadza dobytek. Toteż na całym tym pogranicznym szlaku nędza Armeńczyków jest bezgraniczna. Niestety, tchórzostwo ich również jest bezgraniczne.

Armeńczycy, jakkolwiek liczni i tym samym silni, nie śmią się wprost bronić. Bejowie69 kurdzcy, fanatyczną strażą swych wojowników otoczeni, rządzą w górach jak u siebie, nie bojąc się żadnych ziemskich ani niebieskich potęg. Kurd, obwieszony bronią od stóp do głów, z jataganem70, z fuzją, z pistoletami, na króla gór wygląda. Nędzny, wystraszony, bezbronny Armeńczyk sam już przerażoną swą postacią zachęca drapieżnika do grabieży.