I Mustafa wskazuje mi biczem wielką farmę, otoczoną wiankiem drzew i dziwnie rodzinne kąty przypominającą. Już nie mam do niego żalu za zawód doznany. W farmie pulsuje jakieś silniejsze życie; ludzie krzątają się, z podwórza dochodzi gwar wesoły; widzę młode i uśmiechnięte dziewczęta w kostiumach armeńskich. Trafiliśmy więc do Armeńczyków58.

Prowadzą nas do ogromnej izby, ciepłej i czystej; na kominie płonie ogień; w kącie na ziemi szumi samowar. Wzdłuż ścian biegnie wysoko półka, zastawiona kwaśnym i słodkim mlekiem. Uśmiechają się życzliwie gospodarze, przysuwają nam do ognia materace, których widzę w izbie kilkanaście.

Otacza nas osób ze dwadzieścia, zasypujących nas pytaniami, na które odpowiadamy głównie gestami. Wszyscy ludzie należą do jednej rodziny, wszyscy też, młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni mają dość miłe fizjonomie i przyjemnie na nich patrzeć po czterodniowej kontemplacji wdzięków Mustafy i Czerkiesa. Mieszkańcy farmy robią wysiłki, by nas zrozumieć i jak najlepiej nam usłużyć. Swoją drogą kolacja ogranicza się na59 jajkach i mleku. Czuję, że wegetarianizm nigdy nie znajdzie we mnie adeptki i że nad tuzin jajek zawsze przekładać będę jeden befsztyk. Nieprędko zadowolę ten luksusowy kaprys; w górach Małej Azji befsztyki są mitem.

Gdy zaczynamy zbierać się do spoczynku, przychodzi rozstać się z jednym jeszcze cywilizacyjnym „przesądem”. W opłakanych stancjach zajazdów pozostawaliśmy na noc sami. Dziś musimy dzielić izbę z całą rodziną naszych gospodarzy. Będzie nas w niej tylko dwadzieścia trzy osoby płci obojga. Przy strasznym zmęczeniu i na pustyni60 „przesądy” szybko znikają... Kładziemy się więc; nikt się nie rozbiera, my mniej niż inni.

Następnego dopiero ranka, po dwugodzinnym kołataniu się po zasypanych gęsto kamieniami rozdołach, dobijamy do Bajburtu. Nie miasto to już, lecz stek brzydkich ruin, wiejących smutkiem i żałobą. Resztki murów obronnych świadczą, że była to niegdyś warowna forteca; teraz wszędzie gruzy, zwaliska, stosy głazów szarych. Przed miastem leży dawny cmentarz, z ziemi sterczą płaskie kamienie, świadczące, że to miejsce wiecznego wypoczynku. Przez ciasne uliczki do samego zajazdu, gdzie wypoczniemy nieco, biegnie za furgonem mnóstwo żebraków bezczelnie natrętnych, ohydnie brudnych, a świecących spod łachmanów nędzą bezgraniczną, straszliwą. Gdy patrzę na te zagłodzone cienie pół zwierząt, pół ludzi, ciężar grobowy spada mi na duszę i dławi ją bólem. Okropne widma oblewają naszą izbę... Ledwie damy jałmużnę jednym, zjawiają się drudzy; Czerkies odgania ich, zupełnie zresztą bezskutecznie. Te wyciągnięte dłonie, te twarze wychudłe lub skrofulicznie61 nabrzmiałe, wykrzywione w grymas wiecznego głodu, zatruwają mi zmorą smutku dzień ten cały.

*

Jeszcze trzy noclegi a będziemy w Erzerumie, do którego wzdychamy całą rozpaczą ludzi spragnionych pościeli, snu i radykalnej toalety, o jakiej w „hotelach” przydrożnych i marzyć nie można. Nie będę szczegółowo tych dni opisywała. Najczęściej furgony toczą się po wyżynach, na dwa tysiące przeszło metrów nad poziomem morza; nie ma już nad nami szczytów. Z obu stron roztacza się ponura śnieżna płaszczyzna, falująca i pogarbiona. Mróz ścina oddech i kłuje w płuca.

Jednej nocy znajdujemy przytułek w błotnistej norze, wzdłuż dwóch ścian której biegną podwyższenia ziemi zastępujące tapczany i ławy. Dzielimy ją z rodziną nomadów składającą się z pięciu osób i z dwoma młodymi Armeńczykami, znośnie mówiącymi po francusku, a udającymi się, jak my, do Erzerumu.

Ostatnim przystankiem przed miastem jest Ilidże62, dość ludna osada, znana w okolicy ze swych siarczanych kąpieli. W zajeździe dostarczają nam baraniej siekaniny, pachnącej łojem i smacznego ryżu. Nocleg jest znośny.

Wyruszamy dalej o świcie i w dwie godziny niespełna stajemy w Erzerumie.