Dwukrotnie zatrzymujemy się na noc w na wpół rozwalonych olbrzymich karawanserajach, budowanych za czasów szacha Abbasa114. Ściany gmachów układane są z drobnych cegieł, mury potężne. Lecz drzwi powybijane, okna nie istnieją, ognia rozpalić niepodobna.

Takie ruiny karawanserajów spotykamy często, co dzień prawie. Kolosalne rozmiary i ilość tych gościnnych dworów karawan świadczą, jak szerokie pulsowało tu życie za czasów szacha, z którego imieniem związane są wspomnienia chwały i świetności Iranu. Handel zamienny Wschodu kwitł wtedy w całej pełni. Setki i tysiące wielbłądów, koni, mułów, ciągnęły tymi szlakami i wypoczywały w tych serajach. Teraz wszędzie pustka, walące się w gruzy wiekowe mury, cisza śmierci i rozkład. Bezpłodna i jałowa pustynia ściele się tam, gdzie stały gaje i ogrody, zieleniły się żyzne pola. Wyschłe, zapuszczone kanały czernieją otwartą paszczą kanotów. Najtrudniejszym do przebycia punktem tej części drogi jest góra Szabli czy Szybli115. Powóz wallieta wciągano na nią na postronkach. My przebywamy ją na własnych nogach. Osiem koni mozolnie ciągnie nasz furgon.

Trzy stacje zasługują na wyróżnienie na przestrzeni od Tebrysu do Teheranu. Są nimi miasta Mianeh, Zendżan i Kasbin116.

Mianeh rozgłośne jest na całą Persję nie z przyjemnej, niestety, strony. Smutną swą sławę zawdzięcza jadowitym pluskwom, których ukąszenia przyprawiają podobno nawet o śmierć, a w każdym razie o chorobę i silne opuchnięcia. Ręczą nam wprawdzie miejscowi mieszkańcy, że niebezpieczeństwo ukąszenia grozi wyłącznie w lecie, że obecnie pluskiew nie ma wcale. Zachowujemy się sceptycznie wobec tych zapewnień i korzystając z wyjątkowo łagodnego powietrza — w połowie grudnia nocujemy w furgonie. Zdaje mi się, że nigdy przez dwa miesiące podróży nie spałam równie dobrze.

Zendżan, drugie większe miasto na tym szlaku, słynie ze swych filigranowych wyrobów srebrnych, które rozchodzą się stąd na całą Persję. Delikatne te drobiazgi przypominają filigrany weneckie, lecz nie dorównywają im w wykonaniu. Mnie podobają się szczególniej mikroskopijne łyżeczki do herbaty, wyrzeźbione w ażur w środku. Pić nimi nie można, służą jedynie do mieszania. Kupujemy ich kilka tuzinów, różnej wielkości i rodzaju.

Ładne są również tacki, spodeczki, efektowne sitka do herbaty i podstawki do używanych na Wschodzie do kawy porcelanowych czareczek bez ucha. Dla mnie wszystko to zbyt jest misterne, a jednocześnie nie dość starannie wykończone. Przekładam nad filigrany zendżańskie srebrne wyroby z Ispahanu, na których biegną ciekawe wypukłorzeźby, pełne bogatej fantazji postacie wojowników, dziwne chimery117, zwierzęta, oryginalnie interpretowane kwiaty, ptaki, arabeski.

W chwili gdy zwiedzamy bazar Zendżanu, jest on podobno zupełnie opustoszony: walliet wykupił najpiękniejsze rzeczy. W Zendżanie doganiamy jego orszak i wyprzedzamy go nawet, bo książę kilka dni tu wypoczywa.

Zapomniałam napisać o jednym jeszcze wyrobie lokalnym: kiefsz118 Zendżanu ogólnie są znane. Są to zgrabne, o wąskich, zadartych nosach pantofle, szyte z wąskich pasków skóry kolorowej. Z przodu różnobarwna bawełna sczepia te paski, tworząc deseń ażurowy.

W dwa dni po opuszczeniu Zendżanu dościga nas w polu rozszalała zamieć śnieżna, przed którą chronimy się do pierwszej spotkanej lepianki. Wnętrze jej stanowi jedna ciasna i brudna izdebka, na środku której stoi szeroki, a bardzo niski stół: siedząc na ziemi można oprzeć się na nim łokciami. Stół przykryty jest wielką watowaną kołdrą, zwieszającą się ze wszystkich stron do samej ziemi. Pod stołem umieszczona dużych rozmiarów fajerka z żarzącymi się drzewnymi węglami, a naokoło stołu siedzi cała rodzina: ojciec, matka, gromada dzieci, obdartych, bladych, rachitycznych, o twarzach chorobliwie nabrzmiałych. Nie potrzebuję objaśniać, iż nogi trzymają wszyscy pod kołdrą przy nagrzanym kursi — tak zwie się ten przyrząd. Przez cały dzień siedzą tak bezczynnie i nieruchomo, wchłaniając trujące wyziewy. Lecz widać specjalnie są zahartowani przeciw ich zabójczemu działaniu.

Jakkolwiek skostnieliśmy od zimna, nie marny odwagi korzystać z dobrodziejstw kursi. Jednak po paru godzinach słabniemy w postanowieniu i przezwyciężając obrzydzenie, wsuwamy końce nóg pod zbiorowy łachman.