Obrali byli w nim siedzibę rozbójnicy, należący do sekty nabateńczyków122 (koczujące plemię arabskie) i sieli stąd daleko postrach przez lat 200. Marco Polo, Wenecjanin, w nadzwyczaj ciekawej swej relacji z podróży po Persji odbytej w końcu XIII wieku opisuje żywo i malowniczo to orle gniazdo i gnieżdżącego się w nim starego władcę gór, króla rozbójniczej braci: „le Vielz de la Montagne qui avait à nom Alasdin”123. Smutny koniec spotkał wojowniczych łupieżców. Po trzymiesięcznym oblężeniu zamku dostali się w tatarską niewolę „e fut ocis le Vielz qui avoit a nom Alasdin, con tute sez homes”124.
Dziś romantyczne dzieje tego wschodniego barona-rabusia nie pozostawiły we wspomnieniu nawet legendy, ruiny zamku zaś są smutnym, bezkształtnym zwaliskiem gruzów.
*
Cywilizacja znalazła w Kasbinie swój wyraz w postaci hotelu urządzonego do pewnego stopnia na sposób zachodni. Gościnne pokoje nie odznaczają się, co prawda, luksusem, ani nawet wygodami, lecz kuchnia za to jest smaczna i przyzwoita i potrawy przyrządzone po europejsku.
Z innych jeszcze względów przedstawia Kasbin „wrota do raju”, jak go przesadnie nazywają Persowie. Prowadzi odeń do Teheranu, na przestrzeni 150 kilometrów, szeroka, równa pocztowa droga, przeprowadzona przez Nasr-Eddina.
Droga kosztowała podobno półtora miliona franków, z której to sumy więcej niż połowa zniknęła w kieszeni przedsiębiorcy. Sądzę, że wybaczą mu to ludzie najsurowszej cnoty, którzy dotarli tu po długiej podróży, pogruchotani torturą furgonu, kedżawe lub tachtarawanu125. W Kasbinie dzięki „królewskiemu gościńcowi”, tak zowią ten trakt pocztowy, można wsiąść do prawdziwego powozu i w niecałą dobę (18–20 godz.) przebyć 150 kilometrów dzielących go od Teheranu. Czapar-khankh126 — stacje pocztowe rządowe — liczne są na tej przestrzeni; o konie na nich łatwo. Zaledwie, zatrzymawszy się, zdążymy wypić parę szklanek herbaty, a już ruszamy dalej.
Nasz powóz to jakaś odwieczna staroświecka kareta, wybita czerwonym aksamitem. Zdaje mi się, że jestem w królewskim pojeździe i tonę w błogości niezmiernej, tak zmieniają się wymagania ze zmianą szerokości geograficznej. Mrok już zapadł od dawna, gdy wyruszamy w drogę, gęsty śnieg świat przesłania, niewyraźnie majaczą w dali ciemne zarysy łańcucha Elbursu, u stóp którego rozkłada się Kasbin i wzdłuż którego jechać będziemy do samego Teheranu.
Kiedy brzask świtać zaczyna, widzę wioski i osady, tulące się u podnóża gór w wiankach topoli i jujubów. Pełno sadów owocowych, winnic, pól uprawnych; wiosną i latem musi być to uroczy zakątek ziemi. Czuć w nim czynne życie, widać pracę człowieka. Słońce przebija szare mgły rannych tumanów i wypływa na niebo we wspaniałym majestacie, opromieniając weselem cały krajobraz zimowy. Fantastycznie poszarpane cyple gór twardo i ostro wcinają się w ciemny szafir nieba. Przed nami, daleko, na skraju horyzontu widnieje Demawend w wiecznych śniegów koronie.
Demawend, leżący o kilkanaście kilometrów wgłąb za Teheranem, wznosi się na 7000 metrów nad poziomem morza i o dwa przeszło tysiące przewyższa szczyty otaczającego go gór pasma. Persowie, w których wyobraźni ojczyzna ich, w tym co dała jej natura i co dokonali ludzie, jest najpierwszym spomiędzy krajów ziemi, uważają Demawend za „wszystkich gór matkę, górę świętą”. Arka Noego zatrzymała się, według ich podań, na tym szczycie, który jest „źródłem światła, kolebką ludzkości”. Legendy kosmogoniczne azjatyckich narodów ogromnie kazały błąkać się tej arce, bo oto stanęła podobno również, jak twierdzą miejscowe podania, na górze Salazan127, na północo-wschodzie od Tebrysu. Salazan (4800 m) jest, zarówno jak Demawend i Ararat, wygasłym wulkanem.
Wioski coraz częstsze, ruch coraz większy, czuć bliskość wielkiego miasta. Dodać też należy, że trakt kasbiński jest wspólną drogą karawan idących z Małej Azji i od Morza Kaspijskiego. Nieskończonym sznurem wyciągnięte, kroczą wielbłądy z kryształowym śpiewem dzwonków, roznoszącym się dalekim echem w przeczystym powietrzu. Osiołki, obładowane workami złotych pomarańcz, olbrzymich, podłużnych melonów i czerwonych granatów, niosą do stolicy codzienną daninę owoców. Muły, objuczone górami chrustu, wyglądają jak wielkie ruchome krzaki. Wciąż mijają nas w błyskawicznym pędzie jeźdźcy na przepysznych rumakach.