Tron ten zwie się tronem pawia, Tachti-Tawus. Czy jest z marmuru? Trudno to powiedzieć, gdyż pokryty jest całkowicie warstwą ciemnego złota, od którego tła odbija mozaika różnobarwnych kamieni. Poręcze, plecy, boki, samo krzesło tronowe, wszystko lśni się, iskrzy i mieni gamą tonów i blasków płynących od tej powodzi brylantów, szmaragdów, rubinów, pereł, szafirów, turkusów.
W głębi, na tylnym oparciu, wykwita wielopromienne brylantowe słońce, a z dwóch stron jego dwa pawie rozpościerają błękitno-zielone wachlarze swych ogonów, w których łzy wielkie szafirów migocą w aureoli szmaragdów.
Na tym barbarzyńskim a pięknym tronie posadziłabym ukochaną przez Haruna ar-Raszyda cudną Zobeidę lub jeszcze Irenę248, cesarzową dekadencji bizantyńskiej, w sztywnych sukniach ze złotogłowiu, w hieratycznych klejnotach: łańcuchach, krzyżach, diademach i opaskach z ciężkiego złota, jaśniejących potworną wspaniałością kamieni — Irenę o twarzy wybielonej i wyróżowanej, o oczach linią koholu przyciemnionych, o ustach krwawiących karminem, istotę niepokojącą, tajemniczą, dziwną i olśniewającą. Bo tron to dla takich bożyszcz.
Tachti-Tawus wznosi się w głębi wielkiej sali rady stanu i ode drzwi już wzrok uderza swym niesłychanym, przygnębiającym przepychem.
Tevernier, podróżnik, który zwiedzał był państwo Wielkiego Mongoła w początku XVIII wieku, widział tron pawia w Delhi i ocenił go na 150 milionów franków. Wartość jego jest, moim zdaniem, stanowczo wyższą; stanowi on w swym rodzaju rzecz jedyną, na którą nie ma ceny.
Nasr-Eddin lubił się na tym tronie fotografować, a Fet-Ali-Szach niejednokrotnie kazał się na nim swym malarzom uwieczniać.
Gdy przed tym zadziwiającym klejnotem stało się chwil parę w niemym zachwycie, sala rady państwa, która go mieści, wydaje się nagle oku nieznośnie banalna. Zbyt wyzłocone zdobią ją fotele, zbyt nowe i bogate brokaty. Cała jest biało-złocista i cała w lustrach, ujętych w złocone i rzeźbione gipsy.
Obszerne salony pałacu zasłane są przeważnie wielkimi dywanami o niezrównanie pięknych tłach i deseniach; na nich, rzucane jak kwiaty, mniejsze, jedwabne pieszczą wzrok miękką barw harmonią. Nasr-Eddin, z jednego do drugiego pałacu i z jednej do drugiej sali wędrujący, rozkładał na nich swe koczownicze obiady.
Zmarły szach po trzykroć zwiedzał Europę, gościł u wszystkich jej monarchów i we wszystkich stolicach. Mógł podziwiać skarby sztuki nagromadzone w kolekcjach królewskich i arcydzieła muzeów, którymi chlubi się miast tyle. Mógł wyrobić sobie smak i gust przy najsłabszym choćby wrodzonym poczuciu piękna. Lecz niestety los skarał go widocznie całkowitym zanikiem zmysłu estetycznego. I nigdy, przenigdy król ten, panujący nad krajem, którego stara cywilizacja i kultura przekazały wspaniałe wzory do naśladowania współczesnym artystom Iranu, nie nabył jednego obrazka, jednej rzeźby, które by nie raziły bezgraniczną pospolitością.
Opłakane są te pozwożone z Europy nabytki.