To, co tu z żalem stwierdzam, odnosi się zarówno do ludu, jak do najwyższych sfer społecznych. W lepiance i pałacu, pod dachem dzikiego pasterza, przymierającego w wiecznym jarzmie niedoli, czy we wspaniałym domostwie człowieka, uprzywilejowanego przez fortunę i urodzenie — wszędzie panuje jednakowa, nieopisana obojętność na losy dzieci, powierzonych w najlepszym wypadku niedbałej opiece służby.

Przedwczesne i zbyt częste macierzyństwa nie tylko nie pozwalają kobiecie zrozumieć zadań i obowiązków matki, nie tylko rujnują przedwcześnie jej młodość i zdrowie — lecz jeszcze niejednokrotnie o śmierć ją przyprawiają. Bo jakkolwiek pod gorącym słońcem tej ziemi rozwija się ona fizycznie wcześniej niż kobieta Zachodu, jednakże w trzynastym lub czternastym roku życia nie jest stanowczo dojrzałą jeszcze do roli fizjologicznej, jaką jej narzucają, i przypłaca życiem gwałcenie praw organizmu.

Ta kobieta-dziecko odznacza się na punkcie wykształcenia i wiedzy otchłanną wprost nieświadomością. Nie mówię już o kobiecie z ludu, której ignorancja dość jest zrozumiała, lecz kobieta z arystokracji na równi ze swą siostrą z gminu ma umysł całkowicie nieuprawiony. Pojęcia jej o świecie rozciągającym się za Iranem są naiwne i nieskomplikowane. Wie, że gdzieś daleko, daleko za morzami, rzekami i górami jest Frengistan, olbrzymia, nieokreślona kraina, zamieszkana przez mniej więcej jednostajną rasę frengi. Braterstwo ludów Europy ziściło się w jej pierwotnym i upraszczającym sytuacje mózgu.

Frengi ci posiadają w jej oczach cenną zaletę: wyrabiają piękne przedmioty zbytku — tłoczone aksamity, sztywne atłasy, delikatne batysty, jedwabne pończochy, barwne wstążki, odurzające perfumy, doskonałe bielidła, róże, karminy i czernidła, którymi Roger-Gallet i Pinaud hojnie rynki Wschodu zalewają.

W sklepach europejskich Teheranu, a szczególniej w wielkim holenderskim bazarze Toko, roztaczającym w swych towarach największą jaskrawość barw i wulgarność gustu, spędzają hanum perskie, którym majątek na to pozwala, długie dnia godziny. Są marnotrawne, gdyż nie znają wartości pieniędzy, chętnie biorą na kredyt, nie troszcząc się o zapłatę; brak im zupełnie elementarnej choćby sumienności.

Lubią zmieniać i wciąż zmieniać kostiumy; jedyna to z nielicznych rozrywek ich jednostajnego życia. Jakkolwiek, wychodząc na ulicę, muszą być niezmiennie ubrane w tradycjonalne czadury i zasłony, namiętnie jednak zakupują kapelusze, zamienione w ogrody wszechkolorowego kwiecia, spośród którego wytryskują pióra strusie i węzły wstążek. Noszą biedaczki te kapelusze w pokoju, delektując się nimi przed lustrem i pyszniąc przed służącymi.

Cnota ich, choć czujnie strzeżona, wątła jest jak nić pajęcza. Nie wpojono w nie żadnych zasad ani pojęć moralnych. Toteż bez wyrzutów sumienia i walk wewnętrznych szukają wrażeń i urozmaicenia nudy życia, gdzie mogą i jak mogą. Niewidzialne są dla ogółu, dla tłumu, lecz łatwo odchylają zasłonę, gdy oko przez krateczkę ażuru dojrzy w przejściu na ulicy, w bazarze, u podwojów meczetu młodego eleganta zręcznej postaci. Porozumienie następuje szybko. Jednostajność kostiumu, jednaką tajemnicą otaczająca je wszystkie na ulicy, ułatwia intrygi. Odziana w nędzny płóciany czadur, pożyczony od przekupionej służebnej, wielka pani dąży pieszo na miłosną schadzkę; własny jej mąż przejdzie tuż przy niej i nie pozna jej pod tym przebraniem. Jednakże sprytny szef teherańskiej policji, Włoch z urodzenia, niejednokrotnie umiał powikłać nici sentymentalnych awantur różnych wytwornych arystokratek kryjących się pod czadurami niewolnic.

Trudniej niż kobiety służebne, współczujące losom swych pań i same od słabości serca nie wolne, przekupić jest eunuchów268. Lecz, że nie ma podwojów, których by złoto otworzyć nie zdołało, więc znajduje dobroczynny ten kruszec drogę i do rozumu eunuchów i zamyka ich oczy na to, czego widzieć nie powinni, a uszy na to, czego słyszeć nie trzeba. Oczywiście jednak wchodzenie z nimi w tego rodzaju układy powiększa jeszcze ciężką zależność oddanej pod ich nadzór kobiety. I te księżniczki, żony królewskie i arystokratyczne hanum, które wysoki ród skazuje na katusze posiadania stróża cnoty, nienawidzą ich głęboko i obawiają ich się zarazem. Ale żadna nie jest dotknięta w swej ludzkiej godności brutalną i poniżającą tą niewolą; cierpią z powodu tego jedynie jako z powodu niewygodnej komplikacji życia.

Podczas mego pobytu w Teheranie wszystkie prawie kobiety kolonii europejskiej bywały u jedynej, zdaje się, z perskich kobiet wychowanej poniekąd według obyczajów Zachodu. Ojciec Bibi-hanum, zmarły w roku zeszłym w Paryżu Muszir-el-Dowleh, był człowiekiem wysokiej inteligencji i gruntownego wykształcenia; przez długie lata pełnił przy dworze tureckim funkcje ambasadora, po powrocie zaś do Teheranu piastował przez czas pewien godność wielkiego wezyra, a przez długie lata był ministrem spraw zagranicznych.

Biedna Bibi-hanum, wyrosła w Konstantynopolu, przywykła do swobodnego obcowania z ludźmi i swobodnego życia, do chodzenia z odkrytą twarzą i noszenia europejskiego kostiumu, powróciwszy w piętnastym roku życia do Teheranu, poczuła się zupełnie obca w swej ojczyźnie i jej obyczajach, którym jednak bezsilnie poddać się musiała. Wydano ją za mąż za ministra poczt i telegrafów, dla którego żywiła mniej niż chłodne uczucia i obdarzono nieuniknionym eunuchem. Wolno jej było, jak innym hanum perskim, widywać kobiety, lecz żaden mężczyzna nie miał prawa przekroczyć progu jej domu.