Spożywałam już tego dużo i zasmakowałam w tym bardzo w drodze z Tebrysu do Teheranu. Persowie popijają to zwykle czystym raki310.
Nie przypominam sobie, czy mówiłam już, że wszyscy Persowie, biedni czy bogaci, namiętnie jedzą surowe ogórki, nie zadając sobie, rozumie się, trudu obierania takowych. Zajadają też surowe śliweczki, które otrząsają z drzew, gdy zupełnie jeszcze są zielone, śliweczki gorzkie i kwaśne nad wyraz. Sprzedają je nawet w bazarze... Nie potrzebuję dodawać, iż parę szklanek raki kończy najczęściej śliwkową ucztę.
O ile stosunki z cywilizowanymi Persami mogą być nawet przyjemne, o tyle rozpaczliwa jest konieczność przyjmowania u siebie różnych na pół dzikich ekscelencji.
W parę miesięcy po wstąpieniu na tron Muzaffer-Eddina mąż mój zmuszony był zaprosić dwóch takich świeżo przez nowego monarchę upieczonych dostojników. Nazwiska mieli ci dygnitarze nieskończone. Gdy mówię nazwiska, właściwiej byłoby powiedzieć tytuły, gdyż nazwiska są tu wynalazkiem nieznanym; istnieją tylko imiona i tytuły, a niektóre z tych ostatnich tak niepomiernej długości, że uczyć się ich trzeba mozolnie.
Kiedy zgromadzi się kilku panów, z których jeden nazywa się Hadżi-Zejnal-Abeddin-Khan-Moil-ol-Atteba, drugi Mirza-Seid-Ahmed-Nasrul-Atebba, trzeci inaczej jeszcze, nadzwyczaj trudno cudzoziemcowi znaleźć w tym imię i wiedzieć, co jest tytułem.
Dwie grube, tłuszczem lśniące postacie, wyglądające na rzeźników, przybywają w otoczeniu pół tuzina sług na godzinę przynajmniej przed chwilą na obiad oznaczoną. Po francusku nie mówią wcale. Ja zaś po persku umiem się porozumiewać z kucharzem, który mówi: „Hanum, emruz mihurym311 petits pois, rol-au rent, roti, crem” (wszystkie nazwy pokarmów znają po francusku). Ja odpowiadam: „Bechter est312 poulet, timbale, asperges” — i rozmowa skończona. Umiem też kazać służącemu iść za drzwi lub nazwać go złodziejem. Są to ostateczne kresy mej elokwencji, a taką rozmową bawić ekscelencji nie mogę. A oni, jakkolwiek dzicy, czują, że powinni ze mną głównie konwersować. Zastępuję brak słów uśmiechami, lecz ekscelencje nudzą się trochę, ja szalenie.
Ekscelencje jeść nie umieją. Pocą się i cierpią katusze, skazani na używanie łyżki, noża i widelca. Z zupą jakoś jeszcze idzie. Lecz ryba, lecz mięsa! Dostojnicy mają odwagę swego niedołęstwa. Męczą się, by trudność przezwyciężyć, lecz przyznają się szczerze, iż nakrycia nieczęsto dotąd komplikowały naturalną swobodę ich ruchów. Nie potrzebują tego mówić!
Abbas, przy progu stojący, boleśnie i pogardliwie patrzy na ich niedołęstwo, rzucając mi spojrzenia iskrzące dumą i tryumfem. On inaczej od nich umiałby zachować się przy stole europejskim.
Pod koniec obiadu jeden z dygnitarzy dostaje czkawki, lecz zupełnie nie zażenowany tą drobną a naturalną dolegliwością, dobrotliwie i pobłażliwie uśmiecha się do mnie i do kuczulu, z którą zawiązał długą rozmowę.
Dygnitarze przyszli o szóstej, odchodzą o drugiej w nocy. Upadamy ze zmęczenia. Wszyscy europejscy goście odchodzą, by zmusić ich do opuszczenia miejsca. Na próżno, daremnie! Ekscelencje, rozsiadłe w fotelach, błogo przetrawiają przejedzenie.