Tenże wielki wezyr i ministrowie bywają na oficjalnych obiadach i przyjęciach u Europejczyków. Udają, że słuchają z przejęciem koncertu, szczerze śmieją się z komedii Labiche’a306, w których przeważa element łatwej i dla wszystkich umysłów dostępnej farsy, lecz najlepiej bawią się przy zielonym stoliku. Persowie uprawiają namiętnie grę w karty; sprawiedliwość nakazuje mi niestety dodać, że również namiętnie i naiwnie przy grze oszukują. Gdy przypadkiem przegrają, nie śpieszą się z zapłatą, uważając, jak nieoceniony prefekt policji Aten, o którym opowiada About w swej Gréce contemporaine, że gdy nie można sobie oszczędzić przykrości przegrania, należy choć uniknąć bólu uiszczenia się z długu. Unikają go więc troskliwie. Nie mówię, rozumie się, o paru największych potęgach Iranu, o wielkich wezyrach ani pierwszych ministrach... lecz nie bardzo od nich oddalać się trzeba i niedaleko od nich szukać nieuiszczalnych partnerów wista lub pokera.
Te pierwsze ekscelencje Persji przyjmują u siebie z wykwintem europejskim, sami umieją jeść po europejsku. Nie przysięgłabym, że to bardzo lubią. Jestem nawet niezłomnie przekonana, że szmatek chleba w trąbkę zwinięty uważają za znacznie dogodniejszy od wszelkich łyżek i innych komplikacji nakrycia.
Wszyscy ci dygnitarze prawie mówią dość poprawnie po francusku, czasem po niemiecku lub angielsku. Na parogodzinną pogawędkę przy stole nie są, ma foi307, więcej od wielu „ludzi Zachodu” nudni ani męczący. Trzeba ich tylko zbyt często tytułować. Są ekscelencjami, a próżność ich nie lubi, ażeby o tym zapominać, słodki wyraz mile głaszcze ich po sercu.
Gdy mam u siebie jednocześnie przyjaciółkę numer drugi i jakiego perskiego dostojnika, mogę oszczędzić sobie trudu mozolnego wykrztuszania ekscelencji. Przyjaciółka mnie wyręcza; w każdym zdaniu zdąży kilka razy umieścić lube duszy Persa dźwięki:
— Certainement, Excellence! Vous ne croiriez pas, Excellence! Comment donc, Excellence.308
Ekscelencja promienieje błogością.
Najprzyjemniejsze wspomnienie z perskich stosunków zachowuję o rodzinie ministra oświaty, Mohbere Dowleh. Wszyscy jego synowie, jak już poprzednio mówiłam, są wychowańcami europejskich uniwersytetów; czytają dużo, prenumerują mnóstwo francuskich oraz niemieckich dzienników i miesięczników. O wszystkim, co nas interesuje w dziedzinie literatury i sztuki, mogą mówić kompetentnie. Najstarszy z nich, Sanieh-el-Dowle, który dostąpił kosztownego zaszczytu otrzymania za żonę jednej z córek Muzaffer-Eddina, jest prawdziwym uczonym, najwięcej może wszechstronnie i poważnie wykształconym człowiekiem w Persji.
Sąsiadujemy z nimi bardzo z bliska; wielki ogród otaczający zabudowania ich birunu i enderumu rozciąga się na wprost naszych okien, wzdłuż naszej ulicy. Chiarani-Dowleh, synowie i wnucy309 ministra często do nas zachodzą na długie pogawędki. Uderza mnie drobny jeden, a charakterystyczny szczegół. Gdy tylko moja psina — potworny kulawy Hideux — zaczyna łasić się do najczęściej nas odwiedzającego średniego syna Khan-Khanuma, ten człowiek łagodny i dobrze wychowany odpędza go ostro, bojąc się jak ognia dotknięcia zwierzęcia, a to przez przesąd religijny. Zauważyłam również, iż Khan Khanum, wyszedłszy z berlińskiego uniwersytetu i biegły w różnych naukach ścisłych, kroku bez swego różańca nie zrobi. Zawzięcie przesuwa jego paciorki, rozprawiając jednocześnie o rzeczach, niemających nic wspólnego z Mahometem i stoma imionami Allaha. Jeden przykład więcej zewnętrznej hipokryzji religijnej Persów.
Mohbere Dowleh kilka razy do roku przyjmuje u siebie mężczyzn z kolonii dyplomatycznej i profesorów kolegium. Kobiet jakoś nigdy nie zaprasza. Nie wiem, czy sympatii dla męża, którego staruszek bardzo lubi, czy też naszym dobrym z całym ich domem stosunkom zawdzięczam zrobienie dla mnie wyjątku i wydanie specjalnego na mą cześć obiadu, który zresztą w niczym nie różni się od wszystkich przyjęć Europejczyków i obiadów u dygnitarzy perskich, na których poprzednio asystowałam. Nakrycia eleganckie, kuchnia wykwintna, wytworne wina; są też i sorbety, lecz nikt ich nie pije oprócz samego ministra, wyrozumiałego na wszelkie innowacje, lecz wiernie obserwującego dawne obyczaje.
Przypominam sobie pierwszy nasz obiad u konsula w Trebizondzie i za cały napój karafki napełnione słodkim płynem! Jeść baranie kotlety lub siekaninkę z ostrym sosem i popijać to sorbetem! Na szczęście w Teheranie nawet Persi nie wymagają od Europejczyków takich poświęceń. Raczą nas tylko, jako próbkami perskich przysmaków, niezliczoną ilością przedobiadowych zakąsek: grochu, migdałów, orzechów, pistacji i wszelkich możebnych ziarneczek, suszonych w piecu i obsypanych solą.