21 września. Wyjeżdżamy z Tedżryszu o piątej z rana. Dzień dzisiejszy spędzimy w mieście, nocą wyruszamy ku Kasbinowi, Resztowi i Morzu Kaspijskiemu.

Ostatni wieczór w gronie najbliższych przyjaciół spędzamy u doktora Tolozana, ulubieńca i przyjaciela Nasr-Eddina, przy którym pół życia przebył. Dwukrotnie powracał był do Europy, dwukrotnie nostalgia za Persją i królem z powrotem go tu przygnała. Siedemdziesięcioletni starzec ma umysł tak żywy i otwarty, wykształcenie tak wszechstronne, że gawęda z nim jest jedną z najprzyjemniejszych rozrywek, jakie w Teheranie znaleźć można. Sceptyczny a wyrozumiały filozof patrzy na świat, życie i ludzi z wysokości siedemdziesięciu lat mądrego doświadczenia, z pewną pogardą i z wielką pogodą i pobłażliwością.317

...Znów niesie nas pocztowa kareta o przybrukanych szafirowych atłasach. Dawny pewnie pojazd monarszego enderumu, który obwoził po mieście i okolicach nudę jakiej pięknej hanum. Powóz z hałasem toczy się po kamienistej Chiarani Lalazar (ulica Tolozana lub ulica klubu), przejeżdżamy Majdani Tophaneh; słońca Iranu i wojacy z majoliki o groźnie nastroszonych wąsach patrzą na mnie po raz ostatni z murów arsenału. Przy Bramie Kasbińskiej, którą odryglowują ze zgrzytem i hałasem ciężkich zawias, zatrzymują nas na półgodzinne jakieś wyjaśnienia czerwono umundurowane karauły.

Już wyjechaliśmy z miasta. Na prawo rysuje się łańcuch Elbursu, biegnący ku Kasbinowi; góry stoją ciche i tajemnicze, ubrane przez zalewające krajobraz promienie księżyca w fantastyczne cienie i blaski. Mijamy szybko czapar-khaneh, dziesięć minut, kwadrans najwyżej w nich się zatrzymując.

22 września pod wieczór jesteśmy w dawnej stolicy szacha Tamaspa, w Kasbinie, z którego przed dwoma niespełna laty dążyliśmy w noc wigilijną do Teheranu. Tu nas czekają służący, wysłani przed dwoma dniami z końmi wierzchowymi, dalszą bowiem drogę odbywać trzeba konno. Juczne bydlęta z bagażami wyruszyły z Teheranu jeszcze wcześniej i robić muszą poważne etapy, by na dwudziestego siódmego stanąć w Reszcie, skąd przeprawimy się do Fuzeli, portu Morza Kaspijskiego, a dalej podążymy statkiem do Baku lub Petrowska.

Dojeżdżam do Kasbinu w stanie tak opłakanym, że marzyć nawet nie można o wyruszeniu dalej na noc. Zdaje się też niepodobne, bym mogła się utrzymać na koniu. Więc wyprawiamy konie do następnej stacji pocztowej, wioski Aga-Baba, do której droga o tyle jest jeszcze znośna, że niektórzy podróżnicy odważają się odbywać ją w karecie lub faetonie318. Pójdziemy za ich śladem.

23 września. Wyruszamy wczesnym rankiem. Droga na pozór niezła; biegnie przez monotonną, smutną, nagą, z lekka falującą płaszczyznę, która wiosną przedstawia prawdopodobnie wesoły i miły zakątek starannie uprawnej ziemi, gdyż mnóstwo kanałów przerzyna pola. Lecz teraz zbiory już zrobione; widać tylko, jak daleko sięgnąć okiem, przepalone przez słońce ścierniska i ugory.

Jedziemy już tak może dwie, może trzy godziny, gdy nagły trzask i hałas oznajmiają jakąś katastrofę. Złamała się oś powozu. Jesteśmy w czystym polu równie daleko od Kasbinu, jak od Aga-Baby, nikogo na drodze nie widać. Dobra godzina mija, jedzie wreszcie jakiś dellal w stronę Kasbinu. Zachęcony hojnym piszkieszem, zawraca do Aga-Baby, by sprowadzić naszych służących i konie. Dellal ma dobrego osiełka i pędzi szybko; po trzygodzinnym bezradnym wyczekiwaniu pod słońcem, które z wolna nas roztapia, widzimy wreszcie nasze konie.

Wczoraj straciliśmy pół dnia, dzisiaj kilka godzin; trzeba będzie robić podwójne etapy; statek nie czeka. Nie zatrzymujemy się więc w Aga-Baba, gdzie mieliśmy wypocząć w południe. Dziwnie wygląda ta wioska, ogrodzona murem błotnym, a której domy tak są do siebie zbliżone, że z balakhaneh z jednego na drugi przechodzić można i spacerować po dachach jak po równej drodze.

Minąwszy tę osadę, zaczynamy piąć się w górę. Następna stacja pocztowa, Mazreh319, jest już prawie u stóp Elbursu. Zbiór to nędznych i brudnych lepianek. W czapar-khaneh (dom pocztowy) dymno, duszno i przeraźliwie smrodno; oddychać niepodobna. Wychodzę przed dom i znajduję przyczynę zatrutego powietrza: o kilka kroków ode drzwi przy bocznej ścianie gnije koń zdechły, nad którym krążą czarne chmury much i mustyków320; poszarpane to już przy tym przez różnych drapieżników żądnych padliny. Musimy się tu, niestety, zatrzymać chwilę, aby dać wypocząć koniom, bo następna stacja daleko, lecz rozkładamy manatki na trawie o paręset metrów od czaparu.