*

Teraz już wyjeżdżamy w góry Elbursu i pniemy się po stromych ścieżkach, równie okropnych, równie niebezpiecznych, równie zarzuconych kamieniami i pełnych wybojów, jak drogi gór Małej Azji. A jest to przecież niby trakt pocztowy, tędy przybywają do Persji wszyscy Europejczycy. Od roku pracuje tu gorliwie nad reperacjami i ulepszeniami jakieś towarzystwo belgijskie czy niemieckie; zdaje mi się jednak, iż ich ulepszeń nie odkryłby najdokładniejszy mikroskop.

Dotarłszy do najwyższego punktu tej części Elbursu, zwanego wąwozem Kharzanu, stajemy na chwilę, by okiem ogarnąć krajobraz. Ostatni to szczyt, z którego dojrzeć możemy płaskowzgórze Iranu. Tam daleko Kasbin, opuszczony dziś z rana, znaczy się ciemną plamą; na zachód od niego potężny wierzchołek Tronu Salomona (4800 metrów) iskrzy się w bieli śniegów srebrzystych, na wschodzie Sawalan321 (4400 metrów), jeden z legendowych przytułków arki, na południu łańcuch gór Karaganu322 zamyka horyzont siną linią falujących wzgórzy.

Ledwie minęliśmy wąwóz Kharzanu, wchodzimy w jakąś szczelinę, w której chwyta nas z wściekłą siłą wiatr tak zimny i tak przejmujący, iż mrozi poprzez pośpiesznie nałożone okrycia. Kapelusz mego maleństwa, które jedzie konno ze służącym, siedzącym z tyłu, leci w przepaść, szczęściem, iż w podręcznych walizkach są inne. Wicher dmie i wyje z szalonym impetem, oddech tłumi i mowę tamuje. Nie darmo nazywają tę szczelinę „wąwozem siedmiu wiatrów”. Jest jeden tylko, lecz za kilka wystarczy!

Nagle nowy załam drogi i wiatru już ani śladu, cisza powietrza niczym niezmącona; od skał nagrzanych przez słońce dyszy żar ciężki, choć noc już zapada.

Kharzan, nowa stacja, gdzie powinniśmy zanocować, lecz gdzie zmieniamy tylko konie pod bagaże. Jest to maleńka górska osada, równie biedna i brudna jak Mazreh. Ma tylko olbrzymi karawanseraj, niezbyt jeszcze zniszczony. Nie potrzebuję dodawać, iż słudzy i czerwadarzy mówią mi, wskazując nań z pobożnym przejęciem:

— To zbudował Szah-Abbas!

Jest coś wzruszającego w kulcie tego narodu dla wielkiego króla, którego imię opromienia im chwałą wieki minione i przypomina, że mieli historię i przeszłość, wielkich wojowników i wielkich monarchów. Dlatego też, jakkolwiek Persowie często bywają dzicy, zawsze próżni i zawsze kłamliwi, wszyscy jednakże okazują w pewnych chwilach i w pewnych okolicznościach godność i szlachetność obejścia, która nieświadomemu nawet ich dziejów pokazuje dowodnie, iż muszą mieć za sobą tradycję, historię i wieki niezależnego istnienia politycznego.

Choć noc już zapadła, nie zatrzymujemy się w karawanseraju Szacha-Abbasa, z którego wychodzi, dążąc do Teheranu, nieskończona karawana mułów i osłów. Dzień to chyba najstraszniejszego dla mnie zmęczenia; cudem nadludzkich wysiłków i potężnych doz eteru323 trzymam się na koniu. Najgorszą część drogi przebywamy teraz nocą; na szczęście towarzyszy nam pełnia księżycowa. Jasno jest jak we dnie; srebrne blaski kładą się na górach, które muszą się mienić w słońcu wszystkimi kolorami tęczy, takie bogactwa mineralne kryją, w takie nieprawdopodobne, a prawdziwe jednak przybierają się barwy. Jedne niebieskie, drugie purpurowe, dalej żółte i białe, nie widzę już tych, które leżą na dalszym planie. Góry piękne, w których chciałoby się szukać pałaców z bajki czarodziejskiego Sezamu, otwierającego skarby swych wnętrzy324 oślepionym wspaniałością ich przybytków oczom.

Lecz jaka opłakana droga! W dół się teraz spuszcza po ścieżkach prawie prostopadłych, po których pną się może z łatwością kozły skalne i giemzy325, lecz na których ludziom i koniom utrzymać równowagę niełatwo. Raz po raz spod stopy zwierzęcia kamień stacza się w przepaść. Czerwadarzy zmuszają nas do zejścia z koni w ponurym wąwozie, po którym przed wiekami chodził chyba gniew boży, nad którym szalały kataklizmy, wyrywając z posad skały, łamiąc je i druzgocząc.