Idziemy parę godzin po tych obłamach kamieni, upadam kilka razy, daleko lepiej byłoby mi na koniu. Wreszcie widzę dachy wioszczyny, to Pa-czinar, stacja, w której wypoczniemy. Oddalony od wioski wznosi się samotny na wzgórzu czapar-khaneh, najbrudniejszy i najsmutniejszy z tych, które dają nam przytułek i nocleg podczas tej drogi. W odrapanej i zadymionej izbie balakhaneh, do której wchodzimy po drabiniastych schodkach, stoją dwa tapczany z białego, a raczej z czarnego już drzewa i stół kulawy. Pomimo nieopisanego zmęczenia nie spoczęłabym na tych tapczanach. Szczęściem mamy teraz z sobą polowe łóżka. Mustyki kąsają zawzięcie; powietrze tak ciężkie i duszne, że mimo okien otwartych, a właściwie nieistniejących, oka zmrużyć nie można; męczymy się tak do samego ranka.

24 września. Wyjeżdżamy wcześnie z tego ponurego Pa-czinaru, ażeby skorzystać z chłodnych godzin poranku i dociągnąć przed wieczorem do następnej stacji, gdzie chcielibyśmy wypocząć wreszcie nieco; przejeżdżamy okropny most, na którym zręczność naszych koni wystawiona jest na ciężką próbę. Jedziemy wzdłuż doliny Szah-rudu (rzeki królewskiej), dopływu Sefid-rudu (rzeki białej). Łoże rzeki wyschło prawie, otaczają je krwawą czerwienią fale pagórków i świeża zieleń trzcin i sitowia.

Bez jednej chwili wypoczynku, bez żadnego posiłku spędzamy dziesięć godzin na koniu, galopując często, gdy droga nieco równiejsza; stajemy wreszcie o czwartej popołudniu w Mendżylu326, wiosce, do której dążyliśmy. Nieprzytomna prawie padam na łóżko i usypiam snem tak ciężkim, że nie słyszę burzy, piorunów i grzmotów, które rozszalały się nad górami i wstrząsają ścianami nędznego czaparu.

25 września. O piątej z rana jesteśmy już znów w drodze; przebywamy mozolnie rzucony na Sefid-rud słynny na całą Persję most Mendżylu, zwany mostem „dwóch wiatrów”, wyje na nim od początku do końca roku szalona wichura; latem idą te huragany wietrzne od Morza Kaspijskiego, zimą od przeciwnej strony. Zdejmujemy kapelusze: jest to ostrożność niezbędna, wicher dmie z taką mocą, iż nie dziwię się licznym dość wypadkom, których smutny ten most bywa teatrem.

Krajobraz okolic Mendżylu przedstawia ponury widok zniszczenia i żałoby, góry dziwacznie poszarpane, strome skały, jałowe urwiska. Sefid-rud płynie wąskim korytem w szczelinie górskiej, nad którą czepia się droga.

Lecz nieco dalej pejzaż się ożywia; blada, przyćmiona zieleń gajów oliwnych, otaczających szerokim kręgiem wioskę Rudbar, jedyną w Persji miejscowość, naokoło której zajmują się kulturą oliwek, niewiele daje cienia, lecz choć wzrok rozwesela. Przebywamy tę wioskę pod sklepieniem z mat, pokrywającym główną jej ulicę, zamienioną w bazar.

Za Rudbarem droga znów opłakana, lecz towarzyszy nam już stale zieloność, góry porastają lasem, w dolinie wije się Sefid-rud, a raczej świeci kamieniami wyschłe prawie jego łożysko.

Czwarta stacja pocztowa, w której zatrzymujemy się na noc, Rustem-Abbad, stojące na straży lasów Gilanu. Z tych lasów, przesiąkłych wilgocią, błotnistych, sączących strumienie poprzez gąszcze lian splątanych, podnoszą się niezdrowe wyziewy, robiące z tej prowincji, roztaczającej podzwrotnikowy przepych roślinności, najniezdrowszy zakątek kraju. „Jeśli chcesz umrzeć — mówi przysłowie perskie — jedź do Gilanu”. Szerzy się tu febra błotna, której ataki wybuchają ze straszną siłą i nierzadko przyprawiają o śmierć, zwłaszcza Europejczyków, mniejszą siłą fizycznej odporności niż Gilani obdarzonych.

Od dwóch lat nie widziałam lasu; mówiłam już, że środkowa Persja bardzo biednie jest zadrzewiona. I ten potężny wykwit roślinności, który wzrok mój w tym dziewiczym lesie pieści, wprawia mnie w zachwyt. W cieplarnianej, ciężkiej i duszącej atmosferze wyrastają niebotycznie wszystkie drzewa ogrodów i drzewa lasów: figi i granaty, morwy i brzoskwinie, pomarańcze i cytryny rosną tu, jak wiatr je posiał; olbrzymie mimozy i akacje nisko opuszczają gałęzie delikatnych i drżących listków, naokół pni wiją się czerwone pędy winogradu.

Miejscami, gdy grunt mniej wilgotny, roślinność przerzedza się nieco, zmienia charakter; widzimy dęby, cyprysy, topole, tamaryksy i terebinty327, stojące jak wielkie bukiety ciemnej zieleni. Gdzieniegdzie przeświecają dachy osad, ścielą się pola ryżowe i plantacje jedwabników.