Dwa dni podróżujemy przez ten las dziewiczy. Pomiędzy Rustem-Abbadem i Resztem, kresem naszej konnej drogi, jedna jeszcze stacja chroni się w lesie Gilanu; jest nią wioska Kudaszu, której czapar-khaneh najprzyzwoitszym jest może z przytułków całego tego traktu pocztowego.
27 września stajemy w Reszcie, stolicy Gilanu. Położenie geograficzne tego miasta, bliskiego zatoki Enzeli, przez którą Persja eksportuje swe produkty do Rosji, robi zeń ważny punkt handlowy, którego doniosłość wzrośnie jeszcze, gdy linie kolei przerżną Iran we wszystkich kierunkach.
Ma się już pod wieczór, gdy tu docieramy; przejeżdżamy bazar, niemający innego pokrycia jak maty rozciągnięte nad korytarzami wąskich i pogmatwanych uliczek. Kucharze bazarowi rozdmuchują ogień pod potężnymi kotłami ryżu; naokoło stoją miseczki kwaśnego mleka i półmiski torszi328, piramidy czerwonych jajek i stosy rodzenków nadzianych kebabami.
Z Resztu trzeba jechać powozem do wioszczyny Peri-Bazar329, położonej u brzegów rzeczki tegoż imienia, a przez rzeczkę i jezioro stojącej wody zwane Murd-ab (martwa woda) dociera się do zatoki Enzeli.
Nie znam nic oryginalniejszego nad przeprawę przez wody Peri-bazaru. Jesteśmy w pokaźnych rozmiarów barce, w której prócz nas i naszych bagaży mieści się jeszcze ze dwudziestu wszelkiego rodzaju obdartusów, przewożących towary do Enzeli, wykrzykujących przeraźliwie i nieustannie. Barkę ciągną na sznurach ludzie idący brzegiem; mnóstwo takich barek w tenże sposób prowadzonych krąży po rzeczce, wymijając się przy ogłuszających krzykach przewoźników. Rzekę ze stron obu otaczają liściaste lasy, piękne jak lasy gór Gilanu: dojrzewają w nich pomarańcze i granaty, zielenieją wiązy, platany, mimozy, topole.
Gdy z rzeki w jezioro wpływamy, przewoźnicy odrzucają sznury i zaczynają wiosłować. Jest ich sześciu; płyniemy szybko bez najmniejszego wstrząśnienia po gładkiej i niezmąconej fali wód Murd-abu.
Znów gwar, zgiełk, zamieszanie i krzyki nieludzkie; jesteśmy już w zatoce, już wylądowujemy. Szarpią nas tuziny nowych obdartusów, wydzierając sobie nasze bagaże i pędząc z nimi do zajazdu.
Przez otwarte okna izby widzę kołyszący się na morzu spokojnym, sinym i wysrebrzonym w słońcu, okręt kompanii „Cansare et Mercure”, który za kilka godzin daleko nas stąd ku Europie powiezie.
Pod oknem staje derwisz wędrowny z nastroszoną głową, pałką jak maczuga w ręku i siekierką o dziwacznych rysunkach zawieszoną na ramieniu, uśmiecha się do mnie życzliwie, wyciągając rękę.
Żal za tym rozsłonecznionym, a pełnym tak oryginalnego, tak odrębnego wdzięku Iranem, który zachował całą wewnętrzną poezję wieków ubiegłych, w którym oko napawa się czarodziejskimi obrazami życia i natury, niezatarte zostawiającymi wspomnienie, żal ostry i głęboki ściska mi serce w chwili, gdy rzucam srebrną monetę w wyciągniętą rękę derwisza, polecającego mnie łasce Allaha.