Dalej znowu sanie i konie, a wreszcie dziatwa pieszo, krzycząc i machając czapkami.
Korowód otarł się o Czertwanów, a Margas, rozgniewany wrzaskiem, zawył żałośnie.
Przeleciało to wszystko cwałem i znikło, nim się Marek zdobył na odpowiedź bratu:
— Wesele!
— Toż poznałem i sam... Nawet niczego sobie panna młoda! Znasz ich?
— Znam.
— To ty na swadźbę jechał?
— Nie.
— A czemuż nie?
Nie było odpowiedzi. Marek konia zaciął, jak wiatr minęli zaścianek, wjechali do zagrody. Tam nie myślano o weselu.