— Cha, cha! Jaki ty śmieszny! Na ziemi zostanę, bo do nieba wysoko!
— Jest jedna ziemia swoja, a tamta reszta, to wygnanie! Ja się pytam, czy znowu uciekniesz?
— Muszę, miły brat. Mnie dzieło ziemię tutaj kopać, kiedy tam czekają miliony, byle brać! Ot ja tobie powiem sekret: My we trzech założyli towarzystwo handlu z Kirgizami! Prowadzim w stepy perkale, a bierzem bydło i sierść wierbluda77! Zarabiamy sto na sto. Na co mnie Ejniki? Co?
— Jak chcesz sprzedać, to daj mi pierwszeństwo — rzekł powoli Marek. — Teraz nie mogę, ale za parę lat zapłacę.
— Z zadowoleniem, duszyczka! Hu, krzepki mróz! Sława Bogu, że dojeżdżamy. Ciotuszka nakazywała, żebym do niej zajechał.
Sanki wbiegły w ulicę zaścianka i stanęły.
Przed nimi cała przestrzeń zatłoczona była końmi i ludem, kilkanaście instrumentów tworzyło hałas piekielny, kilkadziesiąt głosów śpiewało chórem.
— Co to? Odpust? — zagadnął Kazimierz.
Marek nic nie odparł. Zjechał w bok, zatrzymał konia i patrzał.
Naprzód na saniach jechała kapela, gwarno i barwno, za tym drugi zaprząg, pełen strojnych dziewcząt i kobiet, potem kilkoro młodzieży konno, za nimi wreszcie parokonne sanie, wysłane wzorzystym kilimkiem, a na nich ładna, jasnowłosa dziewczyna i chłopak czarniawy, uśmiechnięci radośnie.