— To zostań, dzieciątko, z nami! — szepnęła panna Aneta, podchodząc do stołu i dopełniając mu kieliszek, po który on chciwie sięgnął.
— Nie mogę, ciotuszka, gołąbko, nie mogę, przysięgam! — zaczął, wychyliwszy specjał. — My sierść z wierbluda będziemy kupować, łój topić, ruble zbierać. Jak wrócę, to będę bogaty jak Rotszyld i wam dam, ile zechcecie, w podarku!
— To znaczy, ojcowskie błogosławieństwo nie dla ciebie! — rzekł Ragis, siadając ciężko na zydel.
Zrozumiał, że z tym człowiekiem nie było punktu wyjścia. Znowu ciotka dolała nalewki, aż Marek mrugnął na nią znacząco.
Kazimierz pił, krzywił się, spluwał i coraz gorzej plątał językiem.
— W Petersburgu takiej nie piłem; złotko, delicje! Czemu ojca krzyż nie dla mnie? Ja czestny78 człowiek. Ja jemu złoty pomnik postawię, sto mszy kupię! Ja nie zapomniał o swoich! Ale coś mnie durno!
Zaczęła go czkawka dławić, zbladł bardzo, jakby miał zemdleć.
Zerwali się wszyscy.
— Ot masz! Jeszcze się rozchoruje! — zawołał Ragis.
— To nic, to nic! — szepnęła tajemniczo panna Aneta. — Zanieście go do izdebki jegomości i połóżcie. To tak trzeba...