— Co trzeba? — badał stary, ale panna Aneta położyła palec na ustach i obejrzawszy się wokoło, dodała cichutko:
— Ostatni on raz kieliszek miał w ustach. Dałam mu lekarstwa!
— Aha? — rozpogodziła się twarz Ragisa. — To się wie! Tak, to zgoda!
Kazimierz jęczał okropnie, pot mu okrywał skronie. Marek wziął go jak dziecko na rękę i wyniósł z pokoiku. Kaleka poszedł za nim.
Wrócili po pewnym czasie, trzęsąc głowami.
— Czy bo nie za wiele na jedną osobę tego biebrzeńca? — zagadnął Rymko.
— Ej nie! W samą miarę! — rzekła stanowczo.
— No, no, uchowaj Boże chrześcijanina od takiej miary i podobnego trunku. Panna Aneta ugościła go należycie!
— Długo mnie sumienie gryzło: dać, czy nie dać! Ale się dziś brat przyśnił i nie bronił! Sroga to choroba!
— Żeby mu jeszcze zadać dekoktu79 na tę sierść z wierbluda? — zauważył Ragis. — To także sroga choroba!