Noc letnia, gwiazd i róż zapachu pełna, wdzierała się do owego pokoju w rogu domu i dziwiła żółtemu płomykowi śmiertelniej11 świecy woskowej, co tlała skwiercząc, na stole około posłania... Więcej ona dymu i cieni ruchliwych niż światła rzucała na twarz tego, co tam leżał i konał.
Starzec to był suchy i zawiędły, zmieniony tą pierwszą i ostatnią chorobą, a jednak, pomimo cierpienia, spokojny i bardzo pogodny.
Leżał na wznak i słuchał modłów, od czasu do czasu poruszając ustami; oczy miał wpółprzymknięte, jeszcze żywe i przytomne; nie spuszczał ich ze ściany, gdzie świecił ryngraf pradziadów, dwie szable i wśród święconych ziół i palm krzyżyk na zblakłej wstążeczce.
W rękach, złożonych na piersiach, trzymał kurczowo koniec łańcuszka, co mu opasywał szyję, medalik święty może.
A ksiądz wciąż się modlił. Derkacze ze dworu głuszyły jego modlitwy, i płacz je często przerywał, a chory niekiedy podnosił powieki i obchodził wzrokiem otaczających, jakby szukał kogoś na próżno!
Wówczas gasły mu źrenice i kurcz porywał spokój twarzy, a dłonie jeszcze silniej tuliły do piersi końce łańcuszka.
— Baranku Boży... — zaintonował ksiądz.
Chory trzykroć uderzył się w piersi, obrócił z trudem na bok i spytał:
— Czy jeszcze nie ma Marka z powrotem?
— Jestem! — odparł posępny głos z kąta.