Obejrzeli się wszyscy, a spośród służby klęczącej podniósł się i do ojca przystąpił najstarszy z rodziny, a do rodzica najpodobniejszy, olbrzym jasnowłosy.
Stanął naprzeciw chorego i czekał, jak sługa, rozkazu. Twarz jego sucha, ostra, jak brąz twarda i jak brąz opalona, odcinała się ponuro w chybotliwym świetle gromnicy. Oczy wyglądały głęboko spod czaszki i silnych brwi, wąskie usta zacinała jeszcze silniej żałość owa straszna, co nigdy na wierzch nie wybucha.
Stary zmierzył go wzrokiem i spytał spokojnie:
— Opasy dobrze sprzedałeś?
— Po sto talarów sztuka.
Sięgnął do kieszeni po pieniądze snać, ale chory głową potrząsnął.
— Zostaw! To nie nasze. Do poświckiej kasy złożysz. To Orwidów grosz! Dobrze, żeś wrócił! Bałem się ciebie nie doczekać, ale Bóg łaskaw!
Umilkł, jakby myśli zbierał, i zaczął powoli:
— Nie pisali moi ojcowie nigdy testamentu, bo i po co? Uczciwy uszanuje ojcowskie słowo, a zły i pismo zburzy! Starym obyczajem i ja was chcę za życia podzielić ustną wolą. Ziemi kawał jest świętej i grosza trochę, a byście nie skarżyli mnie kiedy, żem kogo skrzywdził, sami powiedzcie, czego chcecie z ojcowizny. Ja rozsądzę! Mówcie, dzieci!
Zapanowało milczenie. Marek oczy spuścił, namyślał się po swojemu nad każdym słowem i czekał na tamtych, na troje, co się skupiło bliżej posłania: dwoje przyrodnich i macocha. On stał dalej i sam.