— Mówcie, dzieci, mnie pilno kończyć! — powtórzył chory.
Wówczas z klęczek przysunęła się do rąk jego szczupła postać dziewczynki może osiemnastoletniej, bardzo bladej i mizernej. Podniosła oczy swe czarne, cudne wyrazem myśli wielkiej i szlachetnej, i wyszeptała:
— Papo, i ja mogę o co prosić?
— A jakże, Hanko, możesz. Mów śmiało!
— Papo! Ja nie chcę ani ziemi, ani grosza, nic, nic, tylko słowa waszego, żeby mnie uczyć się nie bronili! Ja im wszystko oddam za swobodę i pracę, którą kocham. Wszystko!...
— Hanko!... — upominała matka z cicha.
Dziewczyna wzdrygnęła się i nabierając otuchy, mówiła coraz goręcej:
— Ja wiem, mamo, to nie wypada, niestosowne: mama chce mnie zatrzymać w domu, a ja nie mogę! Papo! Na Boga się klnę, że nie nadużyję swobody, tylko mi ją dajcie, bo... bo...
Zabrakło jej tchu.
— Dokończ! — rzekł chory.