— Bo żyć nie potrafię bez nauki i woli12 i nie dopuśćcie, papo, żebym kradła to jak głodny chleb.
Sucha dłoń starca spoczęła na rozpalonej głowie, jakby ją uspokoić pragnął, ale nic nie odrzekł na prośbę, tylko dalej sięgając wzrokiem, spytał:
— Na ciebie kolej, Witoldzie. Chodź bliżej!
Z mroku wysunął się chłopak dwudziestoletni, uderzająco ładny, smukły, odziany z wyszukaną elegancją, i nieśmiało przystąpił bliżej.
— Ja, papo, sam nie wiem — wybąkał — może da Bóg, papo wyzdrowieje.
— Ty nie doktor, a mnie pociech nie trzeba. Czego chcesz na swój dział?
Chłopak spojrzał na matkę, na księdza i zachęcony przyjaznym skinieniem, odparł już śmielej:
— Ja bym chciał gospodarować z mamą w Skomontach, jeśli papy łaska.
— Tak?... — zamruczał Czertwan.
I podnosząc oczy, spytał: