— Widzisz bociana? — krzyknął Ragis z wózka.
Podniósł oczy i cofnął się mimo woli. Nie spodziewał się zobaczyć w swej zagrodzie dawnej narzeczonej. Krew mu uderzyła do twarzy, spuścił wzrok.
— A skądże to Bóg prowadzi? — wołała ciotka radośnie. — Chodź, chodź, wyglądamy ciebie!...
Podszedł. Rumieniec ustąpił powoli. Bez odrobiny zmieszania uchylił przed Martą czapki i pozdrowił krótko:
— Dobry wieczór.
— Mnie niech się pyta panna Aneta, gdziem go złapał! — krzyczał Ragis z podwórza od stajni. — Ho! Ma się rozumieć! Stary dąb już szumi, to i wiadomo, gdzie ten poganin siedzi. Pacierze gada do drzewa. Przydybałem na gorącym uczynku. Dobry wieczór, pani Łukaszowo! Czy aby nie po lubczyk pod sekretem?...
Marta zaśmiała się pusto, po dawnemu.
— Kiedy pan czarodziej, to wie bez mojej odpowiedzi. Do widzenia państwu. Deseniki zabiorę jutro.
Umknęła śpiesznie, a Ragis popatrzał za nią i dodał dyskretnie:
— Wiem, wiem, że wy tam którego pięknego dnia pozagryzacie się na śmierć. At, licho!