— A Orwidów nie ma i nie ma! — zamruczał Marek. — I do Jazwigły nikt się nie zgłaszał. Robiliśmy rachunki. Dwakroć tysięcy leży w banku, a ileż przybędzie za dziewięć lat! I na co? Nie ma już na świecie tej sprawy i celu, o którym ojciec mówił, umierając.
— Ha! Może i racja! Mało na świecie dobrego zostało! Pocierp jeszcze trochę, a potem po radę do księdza pójdź! Może cię zwolni z przysięgi!
Ciotka podniosła uroczyście rękę.
— Nie zrywaj się, Marku, nie zrywaj! — powtarzała zwykłą zwrotkę. — Zobaczysz, oni wrócą!
Młody obojętnie ręką machnął i wstał.
— Nie z moim szczęściem czego się doczekać! — odparł apatycznie.
— Ejże, chłopcze, a co z tobą? — zawołał Ragis. — Tfu! Aż złość słuchać. Nie grzesz. Idzie ci jak z płatka. A bociana widziałeś?
— Ludzie dość pochwał dla ciebie nie mają! — dodała panna Aneta.
— Ludzie, ciotko, powiedzieli Jaźwigle, że okradam Poświcie. Gdy przejrzał rachunki i zobaczył tysiąc rubli wyżej dochodu niż dawniej, to płakał biedny stary z oburzenia i żalu. A wiecie, skąd wyszła plotka? Ze Skomontów. Witold opowiada każdemu.
Nie dokończył, zęby zaciął i przeszedł się parę kroków tu i tam.