— Jaki? Nasz Kazio.

— Skądże on tam?

Coś na kształt uśmiechu błysnęło pod płowym wąsem Marka.

— Jakem go odprowadził zimą, to i dotąd siedzi — odparł.

— Święty Boże, a to co za awantura? Cóż on tam porabia?

— A cóż? Myślałem, ducha wyzionę, w salonie u Jazwigły. Córka starego haftowała w krosnach, a on jej głośno czyta. Przyszedłem raz, siedzą, na drugi dzień to samo i na trzeci, na czwarty! I tak zostawiłem!...

— Ot ziółko dała panna Aneta cudowne! — zaśmiał się Ragis, zacierając ręce. — Bodajto biebrzeniec! Już mu nie w głowie sierść z zwierbluda, co?

— Mówił mi, że sklep założy w Kownie. Wódki do ust nie bierze i zrozumieć można, co gada.

Staruszce łzy biegły po twarzy, usta się trzęsły.

— Cudowne drogi Boskiej Opatrzności! — westchnęła. — Błogosławieństwo ojcowskie go tknęło! Toż to radość bratu w niebie!