Gral głowę zwiesił, ociągał się, jakby odejść chciał, ale szedł przecie.
— Pomóżcie mi! — wyjąkał przecie.
Olbrzym spojrzał nań przelotnie.
— Ja do Wojnatów za wami nie pójdę! — zamruczał.
— Uchowaj, Boże! — zaprzeczył Łukasz. — Ja lada dzień do swojej chaty się przeniosę. Roboty mi trzeba tylko! U was, Marku, tyle majątków i handlów, dajcie mi służbę! Martę zostawię, sam pójdę dla niej po chleb!
Czertwan znów spojrzał na niego. Dziwny los! On to miał dać chleb dla Marty: przychodził o pomoc do odrzuconego, skrzywdzonego, jak wszyscy. Za ten chleb oddadzą mu kamieniem może, jak wszyscy.
— Jak bracia żyliśmy tyle lat! — mówił smętnie Łukasz. — Chodziliśmy razem z pieńką, i ze zbożem, i z wołami. Znamy się dobrze od dziecka! Wiecie, żem trzeźwy i uczciwy. Nie było między nami żadnej waśni. Wam się wszystko wiedzie, a u mnie w ręku się łamie, co wezmę! Będę teraz jeszcze tężej84 pracował, bo nie sam jestem, a Marcie chciałbym nieba przychylić! Ot! Ona tego nie mówi, ale często płacze, a mnie strach, że jej szczęście popsułem. To mi najgorsza troska! Pomóżcie mi po bratersku, jak dawniej!
Wiele słów cisnęło się Markowi na usta, więc po swojemu milczał i żadnego z nich nie powiedział, tylko wreszcie odparł krótko:
— Dobrze, pomogę!
Gral aż pokraśniał: podniósł głowę, ożywiony nadzieją, a Marek przystanął około kapliczki na rozdrożu i ozwał się: