A Dewajtis szumiał. Wśród liści młodych szemrało tchnienie bogini czarodziejki, wokoło dęby wnuki kłaniały mu się pokornie, a gdzieniegdzie srebrna brzoza zaglądała trwożnie ku polance, jak zaklęta służebna Aleksoty, szukając ognia i ofiary.
W noc głuchą zaszeleściły wrzosy i paprocie, czciciel wychodził do bóstwa.
Nieopodal stanął, odkrył głowę i, na strzelbie wsparty, długo pozostał, błądząc oczyma po konarach. Długie mrozy, śniegi i wichry przeszły bez znaku po członkach olbrzyma, nietknięty został, jeszcze potężniejszy.
— Nie boli cię ta zima, nie męczy, nie gubi? — wyszeptał człowiek z odcieniem zawiści w zachwycie.
Jakby uśmiech wzgardliwego lekceważenia zmarszczył wierzchołki gałęzi.
— Mnie nic nie boli, nie męczy, nie gubi, póki mi ziemi stanie i słońca! Zima, jak troska, długo trwa, a lato, jak szczęście, mija chwilą... Oto wieki stoję i Bóg mi lata nigdy nie odebrał, przyjdzie słońce i ożywi każdego! Przyjdzie dzień, co rany zabliźni!...
— Czy przyjdzie? — zamruczał człowiek zgnębiony.
Dąb się zakołysał, jakby gniewny.
— Widziałeś ty, człowieku-efemerydo, takie lody, których marzec nie stopi? Widziałeś ty pola, których Pergrubia nie obudzi?... Dziesięć wieków stoję i wiem, że wszystko mija. Kto silny, najgorsze wytrzyma...