Księżyc wszedł i oświecił w pełni podniesione oblicze samotnika.
Ostre rysy wygładzały się stopniowo, wyprostował się hardo.
— Wytrzymam... — rzekł półgłosem.
W tej chwili pies zawarczał. Człowiek, jakby złapany na uczynku winy, nieufnie się obejrzał, czapkę wcisnął na oczy i zbiegł szybko ścieżyną ku wybrzeżu. Na wodzie pluskało wiosło i jakiś śpiew pobożny biegł z falą.
Po chwili nad rzeką rozległa się żmujdzka rozmowa w krótkich pytaniach.
— Kas tian?85
— Asz esu, pone!86 — odparł głos poświckiego ciwuna.
— Ko nori?87 — zagadnął Marek niespokojnie.
Czółno przybiło do brzegu. Chłop, zamiast odpowiedzi, podał mu na czapce kopertę z depeszą i czekał dalszego rozporządzenia.
Czertwan otworzył zdziwiony. Kto mógł mieć do niego tak pilny interes?