Przy świetle księżyca i fajki odczytał lakonicznych słów sześć:
„Orwid jest, list w drodze. Anna Czertwan”.
Markowi pociemniało w oczach, potem zaczął dygotać jak w febrze: zdawało mu się, że go grom trafił, a serce biło, biło coraz szaleniej.
— Orwid jest! — powtórzył radosną wieść dąbrowie, rzece, niebu i zdziwionemu ciwunowi, który dawno zapomniał, że Poświcie miało innych panów.
— Co pan każe? — spytał głupkowato.
— Ruszaj! — zakomenderował, wskakując do łódki i chwytając drugie wiosło.
Margas, zapomniany, skomlał żałośnie, aż straciwszy nadzieję powrotu pana, rzucił się wpław za nim, ale Marek o niczym nie pamiętał.
„Orwid jest! jest! jest!” — śpiewało mu w duszy, jak hosanna.
Wpadł do mieszkania i raz pierwszy cugowe konie, drzemiące nad żłobem, poznały, co służba.
Posłaniec jeden poleciał cwałem na pocztę do Gryni, drugi do Kowna, trzeci do Rosień, we dworze zapanował sądny dzień.