Marek wcale się nie kładł. „Orwid jest!” szumiało mu ciągle, starczyło za sen, spoczynek, jadło, skarby całego świata.
Jest, a zatem go Hanka widziała, mówiła z nim, znała, może już był w drodze, może lada dzień się zjawi. Emigrant zapewne, może syn Kazimierza, może on sam! Czegóż tak zwlekał, czemu dawniej nie pisał? Należy mu dom przygotować, przyjąć z całą okazałością!
Marek, całe życie mruk i flegmatyk, oszalał.
O północy wydobyto z pościeli stróżów pałacu stuletnią niańkę pana Kazimierza i odwiecznego kredencerza. Starzy myśleli, że to koniec świata, gdy ich z głębokiego snu wezwano do administratora. Stawili się na pół przytomni.
— Pan Orwid lada dzień będzie! — wrzasnął im nad uchem.
Szanowna ta para była głucha, stosownie do wieku, i odurzona niespodzianą napaścią.
Nie słyszeli i tylko dla rezonu, wyobrażając sobie, że to zapewne wieść jakaś smutna, bo dla radosnej nie budzą ludzi o tej godzinie, pokiwali unisono głowami.
— Dom przygotować, opylić, wywietrzyć, srebra poczyścić, śpiżarnię zaopatrzyć! — huczał dalej jak z tuby.
Te same oznaki smutku i mimika oznaczała gotowość i posłuszeństwo. Stara miała ochotę popłakiwać, staremu nos poczerwieniał.
W tej chwili posłaniec z poczty wpadł zabłocony. Starzy wysunęli się sprzed oblicza strasznego pana.