Zwiesił głowę i zniechęcony ruszył w stronę dorożek. Już schodził ze stopni ganku, gdy tuż za sobą posłyszał wymówione nazwisko Jazwigły.
Drgnął i obejrzał się. Średniego wzrostu, młody mężczyzna, ubrany elegancko, z pozoru zakrawający na uczonego przemysłowca, rozmawiał złą niemczyzną z głupowatym tragarzem, na którego twarzy malowała się chęć pozbycia się obcego typowym żmujdzkiem: „ne suprantu!90”
Coś tknęło Marka. Zawrócił i zbliżył się do rozmawiających. Niemiecki język posiadał wraz z odrobiną francuskiego. Przemógł wrodzoną dzikość, podszedł, uchylił czapki i spytał:
— Przepraszam, pan szuka pana Jazwigły?
— Tak, panie! — odparł obcy, dotykając kapelusza i z pewnym rodzajem podziwu mierząc wzrost interlokutora.
— Pan ma do niego interes?
— Hm, nie, tak sobie! — zamruczał nowo przybyły. — Pan mi może dostarczyć adresu?
— Mogę.
W tej chwili Witold mijał ich, wracając z bufetu. Jak łobuz, gwizdnął przeciągle.
— Phi, phi! Jak ty ładnie umiesz po niemiecku! — zauważył, przystając. — Czy to przy wołach się nauczyłeś? Może pozwolisz cygaro?