— Dziękuję panu! — ozwała się dziewczyna, po raz drugi wyciągając rękę.
I tym razem Marek się tylko ukłonił.
— Pani jeszcze nie wie, czym wart podzięki! — zamruczał.
Rzecz dziwna! Tyle lat nazwisko Orwidów zrosło mu się z codzienną troską, że dziś na tę wybawicielkę z długiej niewoli patrzał jak na wroga.
Miał do niej jakiś nielogiczny żal. Miał ochotę powiedzieć: Poświcie zatruło mi tysiące chwil, odebrało marzoną swobodę, nie dziękujcie, służyłem nie wam, ale cieniom ojca! Szczęśliwy będę, gdy was porzucę!
Milczał jednak pod jej zdziwionym, badawczym spojrzeniem. Pokręciła głową.
— Czy pan się wstydzi swojej ręki czy mojej? — zagadnęła, brwi marszcząc.
— Tu zapewne nie znają naszego shake-hand! — zauważył Marwitz pojednawczo.
— Zapewne! No, zatem pan zadowolony z moich dowodów tożsamości, panie Czertwan? Mogę odzyskać ojcowski majątek?
— Pani co do prawnych szczegółów, uda się do swego plenipotenta, pana Jazwigły. On wszystkie trudności ułatwi. Poświcie od dwudziesta lat co dzień gotowe na przyjazd właścicieli. Pani raczy tylko naznaczyć dzień, w którym mam wysłać konie i ekwipaż.