Dziewczyna rozchmurzyła czoło. Raz jeszcze zmierzyła olbrzyma bystrymi oczyma i jakby w egzaminie tym znikła jej ostatnia wątpliwość, wyciągnęła do młodego człowieka rękę przyodzianą w duńską rękawiczkę.
— Przepraszam pana — rzekła.
Ale on nie przyjął uścisku i mówił dalej głuchym, urywanym głosem:
— Umierając, ojciec mi poruczył administrację Poświcia w spadku po sobie. Rozkazał pracować i ochraniać od złego ile w mej mocy i oddać temu tylko, kto, oprócz urzędowej legitymacji, przyniesie mi znak umówiony z przyjacielem.
— A co? Mówiłam ci, że ten drobiazg ma wielką wartość! Ojciec, konając, zalecał ani zgubić, ani go się pozbyć! Proszę pana!
Sięgnęła do medalionu, który miała u zegarka, i po chwili na dłoni jej błysnął odłamek sygnetu. Marek spojrzał i w milczeniu zdjął z piersi ojcowską spuściznę; drugą połowę pierścienia. Milcząc, podał go właścicielce.
W piersi jego rozlewało się szczęście jak potok. Stał u zarania swobody i woli!
Irena Orwid złożyła sygnet i odczytała powoli:
— „Osądź mnie, Boże, i rozpoznaj sprawę moją!”
Marwitz zajrzał też przez jej ramię, dość obojętny na ten rycerski iście epizod.