Portiera rozsunęła się zupełnie. Młoda osoba, ubrana w elegancki strój podróżny, ukazała się w całej okazałości. Chwilę jasnowłosy Żmujdzin i czarnooka, smagła Amerykanka mierzyli się wzrokiem. W obu spojrzeniach była nieufność, wreszcie ona pierwsza zmarszczyła bardzo gęste ciemne brwi i rzekła spokojnie:
— To fałsz! Ktoś cię oszukał, Clarke! Ten pan nie Czertwan!
Mówiła po francusku tym razem, pragnąc widocznie, aby ją zrozumiano.
Marek ruszył lekko ramionami.
— Nie ja potrzebuję składać dowody tożsamości, ale państwo! — odparł po niemiecku. — Pan Jazwigło mieszka niedaleko! — dodał z pożegnalnym ukłonem.
Amerykanin zastąpił mu drogę.
— Ależ, Irenko — zauważył tonem wymówki — przecież nie posiadasz rysopisu opiekuna Poświcia, czy jak się to nazywa. Uwaga pańska jest słuszna — dokończył prezentacji. — Ma pan przed sobą córkę Kazimierza Orwida, Irenę, i jej eskortę przyboczną, Marwitza.
Marek ukłonił się lekko.
— A pan ma być Pawłem Czertwanem? — zagadnęła panna niedowierzająco.
— Paweł Czertwan od roku spoczywa tam, gdzie i jego przyjaciel Kazimierz Orwid: w ziemi. Na imię mi Marek, jestem jego najstarszym synem.