— Chodźże pan za mną!
Krótkie te pytania i odpowiedzi krzyżowały się nadzwyczaj szybko. Nieznajomy, rzuciwszy wezwanie, zwrócił się z powrotem do dworca. Marek szedł za nim, obserwując spod oka syna bohatera, a swego obecnie pryncypała.
Dziwna rzecz! Młody człowiek nie miał ani odrobiny rodzinnego typu, znanego Markowi z portretów i opowiadań. Orwidowie byli ciemnowłosi — on był złotawy blondyn. Mieli typowe, bardzo gęste brwi i ciemne oczy — on miał rzadki rudawy zarost i szare, bardzo zimne i jasne źrenice. Nie zostało mu żadnego wspomnienia ojczyzny, nie rozumiał słowa rodzinnego języka, cudzoziemcem był od stóp do głów.
I znowu pomyślał Marek, że ojciec jego szczęśliwym był, że nie dożył powrotu i tego widoku. Jego dola zahartowała na wiele podobnych niespodzianek, starzec nie zniósłby od razu takiej ruiny swoich ideałów...
W milczeniu postępował po pustych prawie salach, do pokoju pierwszej klasy nie rozumiejąc, po co go tam wiodą. Może przybysz chce wylegitymować się, pokazać mu ów sygnet złamany; którego połowę nosił wiernie na sercu.
Szwajcar otworzył drzwi, Amerykanin grzecznie Markowi ustąpił wejścia, po czym zamknął je za sobą troskliwie. Salon zarzucony był pakunkami, nikogo nie było.
W chwili, gdy Marek podnosił pytający wzrok na towarzysza, w głębi rozchyliła się portiera i wesoły, młody głos spytał po angielsku:
— Jakże, Clarke, znalazłeś tego prawnika?
Amerykanin postąpił parę kroków i uśmiechnął się z dumą.
— Znalazłem lepiej! Pozwól sobie przedstawić pana Czertwana we własnej osobie!